Zwykły człowiek

Paul Rusesabagina ZWYKŁY CZŁOWIEK wyd. Duc In Altum; Warszawa 2008

Paul Rusesabagina był zwykłym człowiekiem - spokojnym kierownikiem pewnego eleganckiego hotelu w Ruandzie. 6 kwietnia 1994 roku, tłum z maczetami w rękach zamienił się w motłoch bezwzględnych morderców i rozpoczął trwającą 100 dni rzeź, w której zginęło 800 000 niewinnych osób. Rusesabagina, wykazując się niewiarygodną wprost odwagą, ocalił ponad 1200 ludzkich istnień.

Nazywam się Paul Rusesabagina. Jestem kierownikiem hotelu. W kwietniu 1994 roku, kiedy fala masowych mordów zalała mój kraj, udało mi się tam ukryć 1268 osób.

Kiedy funkcjonariusze milicji i armii przychodzili z rozkazem zamordowania moich gości, zapraszałem ich do mego gabinetu, traktowałem jak przyjaciół, proponowałem piwo i koniak, a potem przekonywałem ich, by dali sobie tego dnia spokój z wypełnianiem swych służbowych obowiązków. A kiedy znów wracali, nalewałem im jeszcze więcej trunku i dalej przekonywałem, że i tym razem powinni zostawić nas w spokoju. I tak działo się przez siedemdziesiąt sześć dni. Podczas tych rozmów nie byłem szczególnie wymowny. Moje słowa nie różniły się niczym od tych, których użyłbym w normalniejszych czasach po to, by na przykład zamówić dostawę pościeli albo by kazać kierowcy odebrać gości z lotniska. Wciąż nie rozumiem, dlaczego żaden z tych mundurowych nie wsadził mi po prostu kulki w łeb, a potem nie zamordował wszystkich po kolei w pokojach na piętrze. Tak się jednak nie stało. Nikt z uchodźców chroniących się w moim hotelu nie został zamordowany. Nikogo nie pobito. Nikogo nie zabrano i nikt nie przepadł bez wieści. W całej Ruandzie ginęli ludzie, a ten pięciopiętrowy budynek stawał się schronieniem dla każdego, komu tylko udało się dotrzeć do naszych drzwi. Hotel dawał bezpieczeństwo całkiem iluzoryczne, ale z jakiegoś powodu ta iluzja wzięła górę i zarówno ja, jak i wszyscy inni szukający w nim schronienia, przeżyliśmy, by móc opowiedzieć tę historię. Nie było w tym nic szczególnie bohaterskiego. Chlubię się jedynie tym, że pozostałem na stanowisku i wykonywałem moje obowiązki kierownika hotelu, w czasie, gdy dookoła znikły już wszelkie inne przejawy normalnego życia. Dokonałem tego, że Hotel Mille Collines był otwarty nawet wówczas, gdy cały kraj pogrążył się w chaosie, a osiemset tysięcy ludzi ginęło w krwawych jatkach z rąk swych przyjaciół, sąsiadów i współobywateli.    

To wszystko zdarzyło się z powodu nienawiści rasowej. Większość osób ukrywających się w moim hotelu należało do plemienia Tutsi, spadkobierców dawnej ruandyjskiej klasy rządzącej. Ludźmi, którzy chcieli ich zamordować, byli w większości członkowie plemienia Hutu tradycyjnie zajmującego się uprawą roli. Istnieje stereotyp opisujący Tutsi jako osoby wysokie, szczupłe, o delikatnych nosach, a Hutu jako niskich i krępych, o nosach szerokich. Jednak do większości mieszkańców Ruandy te opisy wcale nie pasują. Choć podział ten jest raczej czymś sztucznym, jakimś historycznym wspomnieniem, to jednak ludzie traktują go bardzo poważnie i z jego powodu wspólne życie obu grup plemiennych przez ponad pięćset lat  układało się dość burzliwie.

Można powiedzieć, że podział ten żyje też we mnie. Jestem synem farmera z plemienia Hutu i jego żony z plemienia Tutsi. Gdy dorastałem, nikt w mojej rodzinie w najmniejszym nawet stopniu nie przejmował się tą różnicą, lecz w Ruandzie przynależność plemienna przechodzi z ojca na dzieci, teoretycznie więc należę do Hutu. Poślubiłem kobietę z plemienia Tutsi, którą kocham namiętną miłością i nasze dzieci mają mieszane pochodzenie. Pomimo długiej historii uprzedzeń rasowych, podobne mieszanki rodzinne są w Rwandzie czymś typowym. Bardzo często nie potrafimy określić naszej plemiennej przynależności tak po prostu po wyglądzie. Jednak różnica między Hutu a Tutsi oznacza w Ruandzie różnicę ogromną. Późną wiosną i wczesnym latem 1994 roku była to różnica pomiędzy życiem a śmiercią.

Od 6 kwietnia, kiedy to został zestrzelony samolot prezydenta Juwenala Habyarimana, do 4 lipca, gdy armia powstańcza Tutsi zdobyła stolicę kraju Kigali, zostało zamordowanych około osiemset tysięcy Ruandyjczyków. Jest to liczba, której nie da się racjonalnie pojąć. To tak, jakbyśmy chcieli wyobrazić sobie na raz te wszystkie biliony kul gazowych podobnych do naszego Słońca, które istnieją gdzieś w czarnej niezmierzonej przestrzeni otaczającej Ziemię. Tej wielkości nie da się zrozumieć. Spróbujcie tylko! Osiemset tysięcy istnień ludzkich zmiecionych w sto dni. To osiem tysięcy dziennie. To ponad pięć na minutę. A każde z nich samo w sobie jak osobny wszechświat. Każde z nich to osoba, która śmiała się, płakała, jadła, myślała, czuła i cierpiała jak inni ludzie, jak ty i ja. Każde z nich to dziecko jakiejś matki, każde z nich jedyne w swoim rodzaju, niezastąpione. 

I sposób, w jaki umierali… Nie jestem w stanie myśleć o tym zbyt długo. Wielu umierało powoli z zadanych ran, patrząc jak ich krew rozlewa się w kałuże na ziemi, przyglądając się własnym odrąbanym członkom, z uszami wypełnionymi krzykiem swych rodziców, dzieci, mężów. Ich ciała zepchnięto na pobocza jak śmieci, zostawiono, by zgniły w słońcu, a gdy było już po wszystkim, zgarnięto buldożerami do masowych mogił. Nie było to największe ludobójstwo w historii świata. Było to ludobójstwo najszybsze i najbardziej efektywne.

Na koniec można powiedzieć, że mój hotel ocalił tyle istnień, ile dałoby się przeliczyć na około cztery godziny zbrodni. Odejmij cztery godziny od stu dni, a przekonasz się, jak niewiele udało mi się uczynić przeciw wielkiemu dziełu zniszczenia. 

Czym mogłem się posłużyć? Miałem pięciopiętrowy budynek. Lodówkę pełną drinków. Mały zapas gotówki w sejfie. Miałem działający telefon i własny język. Nie było to dużo. Każdy, kto trzymał w ręku pistolet lub maczetę, mógł mi to wszystko łatwo odebrać. Moje zniknięcie, zniknięcie mojej rodziny byłoby ledwie zauważalne pośród krwawej powodzi, która w tamtych miesiącach zalewała Ruandę. Nasze ciała dołączyłyby do tych, które tysiącami spływały rzekami biegnącymi na wschód ku Jezioru Wiktorii – skóra by na nich zbielała, woda przyspieszyłaby ich rozkład.

Zastanawiam się dziś, co właściwie spowodowało, że mogłem na owe cztery godziny zatrzymać zegar zagłady.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

TAGI| KSIĄŻKI

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama