Frutti di mare

Wielu z nas coraz częściej wyjeżdża na zagraniczne pielgrzymki, wycieczki czy wczasy. Skończyły się smutne czasy komunizmu, kiedy z rzadka uszczęśliwiony posiadacz paszportu wyjeżdżał sobie na Zachód, ale na nic go tam nie było stać.

Reklama

W hotelach gotował sobie zupki w proszku, a po nich zapychał żołądek przywiezionymi w walizce konserwami turystycznymi. Dzisiaj natomiast podczas wyjazdów uświadamiamy sobie czasami, że niektóre napotkane za granicą jedzenie może być nawet tańsze niż w Polsce. A już za około 8 euro można zjeść w restauracji potrawę zrobioną z niedostępnych kiedyś u nas owoców morza, na które z włoska mówi się na całym świecie - frutti di mare.

Jednak patrząc na modne na świecie frutti di mare, trzeba robić to ze śląskiego punktu widzenia. Zatem trzeba sobie uświadomić, że dawni Włosi, Francuzi czy Hiszpanie cierpieli wielką biedę. Zwłaszcza głodowano na nieurodzajnych skalistych czy piaszczystych nadmorskich wybrzeżach.

Tam nie wszystkich było stać na kupowanie ryb. Więc przed świtem każdego ranka, aby wyprzedzić mewy i inne zwierzęta, wychodzono na brzeg morza i zbierano. Przykładowo nad włoskim Adriatykiem zbierano z plaży głównie małże o nazwie vongole i cozze. Natomiast z drugiej strony należy sobie uświadomić, że na Śląsku przeważnie był dobrobyt i jakoś drastycznie jedzenia nie brakowało. No, może za wyjątkiem połowy XIX wieku, kiedy to na skutek ulewnych deszczy zgniły na polu wszystkie kartofle i z powalonego zboża niewiele dało się uratować. Wówczas to mieszkańcy Śląska szukali jedzenia wszędzie, gdzie się dało. Mielono i jedzono korę, niektóre gatunki traw i ziół oraz łapano w stawach i rzeczkach raki. A więc śląska tradycja kulinarna także, choć nie na taką skalę, posiada swoje frutti di mare. Są nimi raki.

Moja babcia zawsze wspominała, że jak była dzieckiem, czyli gdzieś około 1910 roku, to w jej rodzinnym domu jedzono czasami raki. A robiło się to tak. Do garnkaz wodą wkładało się parę marchwi, korzeń i natkę pietruszki, koperek i sól. Później, gdy się to wszystko zagotowało, to wrzucano „na żywca” do tego wrzątku umyte wcześniej szczoteczką raki. Potem trzeba to było razem pogotować około 15 minut, aż raki zrobiły się czerwone. Następnie obierał się je ze skorup i jadło wraz z warzywami.

Pamiętam dokładnie, że w mojej śląskiej okolic jeszcze około 1973 roku było w stawach i rzeczkach pełno raków. Natomiast będąc na studiach w 1982 roku, chciałem ponownie nałapać raków, aby zrobić sobie zdjęcia. Jednak zapamiętane z dzieciństwa miejsca były już bardzo zanieczyszczone i raki wyginęły. Również w ubiegłym roku próbowałem złowić parę raków w rzece Rudzie koło Rybnika. I też nic! Czy zatem nasze śląskie raki wyginęły bezpowrotnie?

Może budowana coraz większej ilość kanalizacji i oczyszczalni ścieków spowoduje, że w czystych śląskich wodach ponownie zamieszkają nasze śląskie frutti di mare?

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama