Powrót do korzeni

Po latach eksperymentów z porą nadawania Teatr Telewizji wrócił na swoją dawną godzinę emisji. W dodatku „wraca do korzeni”. „Boska” Petera Quiltera zostanie nadana z telewizyjnego studia „na żywo”.

Reklama

To swego rodzaju eksperyment – mówi o projekcie powrotu po kilku dekadach do telewizyjnych realizacji teatralnych „na żywo” Andrzej Rychcik, zastępca dyrektora telewizyjnej Jedynki. – Nie wiemy, jak realizację „na żywo” przyjmą widzowie. Jeżeli się powiedzie, będziemy to kontynuować.

Każdy spektakl niespodzianką

Teatr Telewizji ma już 58 lat. Pierwszym spektaklem pokazanym w całości bezpośrednio ze studia telewizyjnego przy ulicy Ratuszowej w Warszawie było „Okno w lesie” Leonida Rachmanowa i Jewgienija Ryssa, w reżyserii Józefa Słotwińskiego.

Premiera telewizyjna miała miejsce 6 listopada 1953 r. Ten socrealistyczny zakalec i inne najstarsze realizowane na żywo przedstawienia zachowały się tylko w pamięci widzów. Na początku lat 60. ub. wieku zaczęto nagrywać spektakle na „taśmie telerekordingowej”. W 1961 roku jako pierwsze zarejestrowane zostało przedstawienie „Apollo z Bellac” Giraudoux w reżyserii Adama Hanuszkiewicza. Wraz z rozwojem telewizyjnej techniki, kiedy nagrane już widowiska można było montować, powoli zaczęto rezygnować z emisji „na żywo”. Bezpieczniej i łatwiej było pokazywać przedstawienia wcześniej nagrane. Emisja „na żywo” budziła emocje zarówno widowni, jak i realizatorów. Każdy telewizyjny spektakl, podobnie jak ten w „normalnym” teatrze, był swego rodzaju niespodzianką. Nigdy nie było wiadomo, czy w czasie emisji nie dojdzie do jakiegoś nieprzewidzianego wydarzenia.

Gdzie jest dworzec?

Jedną z takich wpadek doskonale pamięta Zuzanna Łapicka-Olbrychska, zastępca kierownika Redakcji Rozrywki, Kultury i Widowisk Artystycznych TVP 1, która zajmuje się przygotowaniem premierowego spektaklu „na żywo”. Jako dziecko bardzo to przeżywałam – wspomina. – Mój ojciec, Andrzej Łapicki, grał w „Kobrze”, kiedy zawalił się pod nim fotel. Mnóstwo takich anegdot przytacza Katarzyna Dzierzbicka w swojej książce „50 lat Teatru Telewizji”. Jedna z nich związana jest osobą Xymeny Zaniewskiej, która w 1957 roku objęła funkcję głównego scenografa TV. Zaniewska uważała, że ideałem scenografii telewizyjnej jest niezauważalność. Dekoracje zmieniano w czasie przedstawienia, które szło „na żywo”, co stwarzało różne, często komiczne komplikacje. Nina Andrycz, która występowała w sztuce „Dym” według powieści Turgieniewa, wspomina scenę omdlenia na dworcu, której nie mogła odegrać, bo dworca nie było. „Zamarłam z przerażenia i zaczęłam przedłużać scenę salonową. Nagle pod moimi stopami przeczołgała się Xymena Zaniewska z kawałkiem dykty na plecach. Ustawiła dworzec... a ja z ulgą odetchnęłam i zemdlałam”.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama