Arcydzieło-zagadka? Może właśnie tak należałoby określić ten film z 1958 roku.
Jego reżyserem był Orson Welles, ale, podobnie jak w przypadku „Wspaniałości Ambersonów”, także i tutaj jego autorstwo jest „niepewne”.
Twórca „Obywatela Kane’a” (przez wielu uznawanego za film wszech czasów) zmontował swoją wersję „Dotyku zła”, która jednak nie zadowoliła szefów wytwórni Unversal. Uznali oni, że film można poprawić i przemontowali go, ku rozpaczy Wellesa. Na nic zdały się jego prośby, błagania i kilkudziesięciostronicowe notatki. Film wszedł do kin okaleczony i dopiero po latach (dokładnie w 1998 roku) doczekał się nowej-starej wersji.
Wtedy to słynny amerykański montażysta Walter Murch wypuścił własną wersję „Dotyku zła”, zmontowaną według wskazówek pozostawionych przez Orsona Wellesa. Z tej wersji filmu emanuje już wellesowski geniusz, a widzowie mają okazję obejrzeć jeden z najbardziej klimatycznych dzieł z gatunku noir.
Fabuła „Dotyku zła” jest stosunkowo prosta. Oto w jednym z nadgranicznych, amerykańskich miasteczek dochodzi do eksplozji samochodu, w której ginie lokalny przedsiębiorca i jego kochanka. Nieszczęśliwy wypadek? A może jednak zamach?
Śledztwo w tej sprawie prowadzi zarówno meksykańska, jak i amerykańska policja. Rasowe uprzedzenia, niepotrzebne podejrzenia… - dwie mentalności, dwie kultury nieustannie ścierają się tu ze sobą. Tło społeczne jest więc niezwykle ciekawe, ale to nie jedyna wartość tego filmu.
Nakręcenie kolejnej kryminalnej historyjki nie zadowoliłoby Wellesa. Ona była tylko pretekstem, do ukazania na ekranie psychologii zła. Tego w jaki sposób czai się ono w nas, na nas. W jaki sposób mu ulegamy, czy reagujemy na nie.
Dziwne cienie na ścianach, śledzące bohaterów osoby, niepokojące spojrzenia, surrealistyczna atmosfera nieustannego zagrożenia i osaczenia… - twórcy fenomenalnie pokazali tu rozmaite ludzkie lęki, popędy, napięcia. W nieprawdopodobnie sugestywny sposób spersonifikowali je, a że film nakręcono w konwencji noir, wszystko co oglądamy, ukazane jest z pietyzmem i elegancją klasycznego Hollywood.
Na kicz i tandetę współczesnych horrorów nie ma tu miejsca. Te potrafią co prawda straszyć widzów, ale brak im głębi. Tajemnicy. Nie starają się zagłębiać w misterium zła i nieprawości. Welles to potrafił.
Uwięziona w motelu żona meksykańskiego policjanta słyszy jakieś szepty zza ściany. Ktoś tam rzeczywiście jest? A może to jej własny lęk (intuicja) ostrzega ją, że zaraz może wydarzyć się coś złego. Podsłuchiwany, ale nie zdający sobie z tego sprawy złoczyńca, słyszy nagle dziwne echo. Dochodzi ono spod umieszczonego pod mostem urządzenia podsłuchowego, ale dręczony wyrzutami sumienia przestępca nie jest pewien, czy to przypadkiem nie głos jego sumienia. A może ma już urojenia?
Raz po raz w „Dotyku zła” natrafiamy na podobne, bardzo symboliczne sceny. A że w obsadzie pojawiają się takie sławy, jak Charlton Heston, Orson Welles, Janet Leigh, Marlene Dietrich, czy Zsa Zsa Gabor, mamy gwarancję, że odegrają nam je koncertowo. A jest przecież także słynna, kilkuminutowa jazda kamery, otwierająca ten film. Ale ją już po prostu trzeba zobaczyć…
Tekst z cyklu Filmy wszech czasów
