Młody Waszyngton

Bardzo przyzwoite kino kostiumowe z naprawdę niezłą obsadą. Bo na ekranie oglądamy m.in. Bena Kingsley’a, Andy Serkisa, czy Mary-Louise Parker.

W roli głównej, tytułowej, występuję tu jednak William Franklyn-Miller. Aktor jak dotąd niezbyt znany. Jego dotychczasowe role policzyć można – i to dosłownie – na placach jednej ręki. A jednak ten urodzony w 2004 roku chłopak poradził sobie z rolą Jerzego Waszyngtona znakomicie.

Waszyngtona, którego w jednym ze swych przemówień John F. Kennedy – gdy zachęcał obywateli do wykorzystywania własnych talentów w celu rozwiązania wielkich problemów wspólczesnych czasów – prosił by „działali z tą samą stanowczością i odwagą, jaka charakteryzowała nieszczęśliwego, lecz zdeterminowanego polityka o nazwisku George Washington zaledwie 161 lat temu”.

Nieszczęśliwego, bo i nieszczęśliwie zakochanego (w filmie jego wybrankę, oddaną ostatecznie innemu gra Mia Rodgers), i przegranego na polu bitwy, bo przy pierwszej potyczce z Francuzami przyszło mu skapitulować. A jednak wspomniane przez JFK stanowczość i determinacja sprawiły, że Waszyngton się nie załamał. Wrócił po czasie, by ponownie skonfrontować się z Francuzami – tym razem nie popełniając już błędów młodości.

Jaka jeszcze była jego młodość? Z pewnością niełatwa. Nieco w cieniu brata. Nieco inna niż ta, której moglibyśmy spodziewać się po pomnikowym generale i „ojcu narodu”. Swego czasu bliżej było mu do podróżnika, geografa, odkrywcy, co zresztą też w filmie nakręconym przez Jona Erwina widzimy.

Sam reżyser mówił na ten temat tak: - Historia młodości Waszyngtona od dawna czekała, by ją opowiedzieć. Próby, którym musiał stawić czoła, ukształtowały człowieka, który później poprowadził swój naród, a mimo to ten rozdział jego życia wciąż pozostaje mało znany. Możliwość przeniesienia tej poruszającej historii na ekran z udziałem tak znakomitej obsady to spełnienie marzeń…

I udało mu się. W związku z przypadającą w tym roku 250 rocznicą powstania Stanów Zjednoczonych istniało ryzyko, że powstania laurka. Tzw. film okolicznościowy. Tymczasem dostajemy solidne kino historyczne. Trochę polityki, trochę batalistyki, szczyptę romansu i przygody.

No i to się ogląda. Czego chcieć więcej?

Kiedyś Spielberg próbował stworzyć filmowy pomnik Lincolna. Nie wyszło. Olivier Stone poległ kręcąc biografię Aleksandra Wielkiego. Wielkie ambicje, wielkie jednostki – wielkie porażki.

Erwin ani przez chwilę nie zamierza serwować na drugiego „Lawrence’a z Arabii”. Po prostu kręci film o młodości Waszyngtona, gdzie wszystko ma być na wysoki połysk. I kostiumy, i plenery, i dekoracje. I raz jeszcze powtarzam: to się ogląda. Z przyjemnością. A jeszcze w kinie.

Nic tylko bukować bilety.

Młody Waszyngton

«« | « | 1 | » | »»
Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg