Nowa tożsamość

A przynajmniej jakiś apel o nią. Wołanie. Bo jak tak dalej pójdzie…

Jak tak dalej pójdzie, będziemy się kręcić w kółko. Tak jak od lat się kręcimy. Między odsłonięciem kolejnej figurki beboka, premierą książki o utopcu i zapowiedzią teledysku do utworu „Heksa blues”, „Bana blues”, „Klopsztanga blues” itd. Ważne że blues.

Oczywiście trochę przesadzam. Sam przecież czasem tego naszego śląskiego bluesa słucham. Niedawno udało się nawet zaliczyć bardzo udany koncert Marka Makarona Motyki, więc nie w tym rzecz. Rzecz w chodzeniu na łatwiznę. Poprzestawaniu na tym, co się już utarło, ustereotypizowało i bezwiednym powtarzaniu tego co, rzekomo, śląskie.

Bo Śląsk, śląskie jest różnorodne. Przez wieki takie było i nic się w tym względzie nie zmienia. Co jakiś czas czytam w mediach np. o śląskich Ukraińcach. I bardzo dobrze. Bo to też są już nasi. I też są już u siebie, czyli na Śląsku, który naprawdę nie kończy się na katowickim Nikiszowcu, Chorzowie Batorym, czy Zabrzu Mikulczycach.

Kołocz, krupniok, kreple – ok. Idzie zjeść. Ale przecież to nie wszystko, co ten region ma do zaoferowania. Ostatnio ze zdumieniem odkrywam np. jego walory przyrodnicze. Bo wcale nie jest tak zdegradowany, jak to się przez lata utarło. A nawet jeśli jest, to przyroda też robi swoje. Sama od siebie i często te niezliczone hałdy i zwałowiska porasta już tak gęsto, że niejeden deweloper i inwestor zaczyna się wokół nich kręcić, kombinując jakby tam wcisnąć kolejny house albo przynajmniej jakąś „atrakcję” dla mieszkańców.

Tężnia? Wieża widokowa? Plac zabaw? Do wyboru, do koloru. Pytanie tylko, co się stanie, gdy zacznie się w takich miejscach grzebać. Jakie metale ciężkie i inne szkodliwe substancje znowu pojawią się na powierzchni?

Przerabiają to ostatnimi czasy np. mieszkańcy Świętochłowic, którym hałdę przy stawie Kalina chce się za wszelką cenę zrekultywować i urządzić tam park.

Społecznicy apelują, by lepiej zostawić ją w spokoju. Wszak to (zaskakujące?) enklawa dzikiej przyrody. Miejsce gęste od drzew, które w miastach łatwo nie mają. Stare się wycina, nowe nie bardzo chcą rosnąć, a te ustawiana w donicach to przecież jakiś żart.

Więc takie miejsca, choć lata temu ekologicznie zrujnowane, dziś są na mapach punktami przyrodniczo niezwykłymi. Niesamowitymi. I powinny być też nietykalnymi.

Podobnie jak małe, lokalne kluby sportowe, które często traktuje się po macoszemu, a tymczasem to w nich i wokół nich kwitną autentyczne więzi społeczne. Niestety, ciężkie miliony idą na dofinansowywanie dawno przebrzmiałych sław i kolosów, które hurtowo, co sezon, sprowadzają drogich kopaczy z zagranicy, a i z pseudokibicami zdają się żyć za pan brat.    

Ruch, Górnik, GKS – dobrze wiem, co te nazwy dla wielu Ślązaków znaczą. A jednak już od lat bliższe są mi tyski TKS, bytomski Rozbark, czy tarnogórski Gwarek. I nie chodzi o to, że „można też mniej”, z czym utożsami się każdy przedstawiciel pokolenia X. Tam po prostu atmosfera jest inna. Bardziej przyjazna. Rodzinna. A rodzina to na Śląsku rzecz święta.

*

Felieton z cyklu Okiem regionalisty

«« | « | 1 | » | »»
Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg