Podzieliło nas kłamstwo

GN 50/2012 |

publikacja 13.12.2012 00:15

O kulisach przygotowań do realizacji filmu „Smoleńsk” z reżyserem Antonim Krauzem rozmawia Edward Kabiesz.

Podzieliło nas kłamstwo jakub szymczuk

Edward Kabiesz: Czy „Smoleńsk” będzie filmem o zamachu, czy o dochodzeniu do prawdy o tym, co się wydarzyło?

Antoni Krauze: – To będzie film o tragedii smoleńskiej i o jej konsekwencjach. Na początku informacje o katastrofie rządowego samolotu oparte były na kłamstwach. Tak też zaczyna się nasz film. Opierając się na dochodzeniu prowadzonym przez bohaterkę, na końcu zrekonstruujemy to, co naprawdę wydarzyło się na pokładzie samolotu Tu-154M. Co prawda nikt z pasażerów nie ocalał, ale na podstawie posiadanej już wiedzy możemy pokazać przebieg tragicznego lotu i bezpośrednie przyczyny katastrofy.

Jest Pan przekonany, że doszło do zamachu?

– Nie ma innego logicznego wytłumaczenia tego, co wydarzyło się w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 r.

Ale nie ma też bezpośrednich dowodów na to, że to był zamach.

– To, że nie złapałem złodzieja za rękę, nie znaczy, że nie wiem, iż zostałem okradziony. Uważa Pan, że ustalenia komisji Millera są niewiarygodne? – Są oparte na udowodnionych już kłamstwach. Począwszy od tego, że w nagraniach w kokpicie rozpoznano głos gen. Błasika, przez utratę części skrzydła w zderzeniu z „pancerną brzozą”, aż po rozpad samolotu na tysiące części w wyniku zderzenia z ziemią. Wszystkie te ustalenia obalili eksperci krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych oraz wybitni polscy naukowcy i praktycy pracujący w kraju i za granicą (USA, Australia), którzy współpracują z zespołem parlamentarnym posła Antoniego Macierewicza. Eksperci komisji rządowej nigdy nie podjęli merytorycznej dyskusji z ich ustaleniami. Przypuszczam, że sami nie wierzą w swój raport.

Dlatego nie wycofali się ze swoich kłamstw, a Smoleńsk stał się dla nich tematem zamkniętym. Związani z władzą publicyści nawołują nawet do karania ludzi, którzy nie ufają oficjalnym ustaleniom. Domaganie się prawdy Wojciech Maziarski nazwał w „Gazecie Wyborczej” „kłamstwem smoleńskim”.

Na podstawie jakich materiałów powstał scenariusz?

– Scenariusz wykorzystuje prawdziwe wydarzenia. Dotyczy to zarówno samej tragedii, jak działania osób publicznych przed katastrofą i po niej. A w rekonstruowaniu tego, co wydarzyło się na pokładzie Tu-154M, posłużymy się ustaleniami zespołu parlamentarnego posła Macierewicza. Jego ekspertami są znakomici fachowcy nie tylko od katastrof lotniczych. Dysponują wiedzą i aparaturą niedostępną naszym naukowcom. Rekonstrukcję katastrofy planuję na końcu zdjęć. Być może do tego czasu zostaną ujawnione nowe fakty.

Bohaterką filmu ma być dziennikarka, która stara się odkryć prawdę o katastrofie. Punkt wyjścia przypomina „Człowieka z marmuru” Andrzeja Wajdy.

– Specjalnie nawiązuję do słynnego filmu Wajdy, który nadal bardzo cenię. To był obraz niezwykle ważny dla mojego pokolenia, bo odkłamywał naszą powojenną historię. Szukając osoby, przez którą zamierzałem pokazać prawdę o tragedii smoleńskiej, doszedłem do wniosku, że będzie to dziennikarka telewizyjna. Przez jej dochodzenie do prawdy przypominam wydarzenia, które są konsekwencją katastrofy, i te, które ją poprzedziły. Od momentu wyboru Lecha Kaczyńskiego na urząd prezydenta RP. Jednym z takich epizodów będzie zainicjowana przez Lecha Kaczyńskiego wyprawa pięciu prezydentów do ogarniętej wojną Gruzji, która powstrzymała inwazję wojsk rosyjskich.

Czyli sprawcami katastrofy, przynajmniej w filmie, są Rosjanie?

– Film nie ma zastąpić śledztwa. Może, co najwyżej, przedstawić krążące na ten temat hipotezy. Ale udział Rosjan w katastrofie, bierny albo czynny, jest ewidentny. Przecież to w ich rękach znajdują się do dziś wszystkie najważniejsze dowody. A niektóre zniszczyli bezpowrotnie zaraz po katastrofie.

Na pokładzie samolotu byli ludzie różnych opcji politycznych.

– Być może sprawcy kierowali się zasadą, że cel uświęca środki. Poza tym kilka osobistości, które miały lecieć z prezydentem, wycofało się w ostatniej chwili. Na przykład Klub Parlamentarny PO miał reprezentować m.in. Grzegorz Schetyna, a poleciał za niego Sebastian Karpiniuk.

Jednak co z dowodami?

– Niech pan o to zapyta prokuratorów. Nawet odkryty niedawno w szczątkach wraku tupolewa trotyl został przez nich zakwestionowany jako dowód w śledztwie. W filmie pokażę tylko prawdziwe wydarzenia, które w logiczny sposób zmierzały ku katastrofie.

Film ma być finansowany ze środków zbieranych przez Fundację „Smoleńsk 2010”. Dlaczego nie zwrócił się Pan do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej o dotację? Przecież „Czarny czwartek” otrzymał dofinansowanie.

– Otrzymał, ale pieniądze dotarły już po zakończeniu zdjęć. Tłumaczono to jakimiś biurokratycznymi przeszkodami. Tamte doświadczenia uświadomiły mi, jak zawodna bywa pomoc ze strony oficjalnych instytucji związanych z państwem. Dlatego tym razem postanowiłem zwrócić się o wsparcie do wszystkich Polaków. Życzliwi doradcy przekonują, żeby zwrócić się również o pomoc do PISF-u. Mam jednak przekonanie, że opiniujący wnioski eksperci nie poprą naszego filmu. Bo film o Smoleńsku ma także zagorzałych przeciwników, szczególnie w środowisku artystów związanych z aktualną władzą.

Dlaczego tak długo powstaje scenariusz?

– Bo to nie jest prosta sprawa. Z autorem scenariusza Marcinem Wolskim współpracujemy od połowy czerwca. W dokumentowaniu tematu pomagali mi dziennikarze E. Świecińska i Ł. Warzecha.

Kiedy rozpoczną się zdjęcia?

– Chcemy zacząć na przełomie marca i kwietnia.

Czy to jest realny termin?

– Myślę, że jest realny. Akcje wspierające Fundację „Smoleńsk 2010”, głównego producenta filmu, organizują nawet Polacy mieszkający w USA i Australii. Prowadzimy również rozmowy z koproducentami, którzy po zainwestowaniu własnych środków w realizację filmu uczestniczyliby w podziale zysków z jego dystrybucji. Na podobnej zasadzie powstał „Czarny czwartek”. A do rozpoczęcia zdjęć wiosną przyszłego roku zmusza mnie termin katastrofy z 10 kwietnia 2010 r. Musimy utrafić w panujące wówczas w Smoleńsku warunki pogodowe: już bez śniegu, ale przed rozpoczęciem wiosennej wegetacji.

Czy zdjęcia będą kręcone także w Smoleńsku?

– Na teren lotniska „Siewiernyj” na pewno by nas nie wpuszczono. A rejon katastrofy praktycznie nie istnieje. Rosjanie wycięli drzewa. Spalili trawę. Zniwelowali cały teren. Ale mam nadzieję, że tego typu pejzaż znajdziemy w Polsce.

Marian Opania nie przyjął roli Lecha Kaczyńskiego, by, jak twierdzi, nie brać udziału w kłamstwie.

– Mam żal do Mariana Opani, że dał się wciągnąć w tę medialną aferę. Proponowanie roli to rozmowa między reżyserem i aktorem. Ta sprawa została sztucznie nagłośniona. Myśmy już wcześniej rozmawiali na ten temat. Opania nie krył swojej antypatii do braci Kaczyńskich. Miałem nadzieję, że kiedy przedstawię mu scenariusz, wystąpi w proponowanej mu roli. Przypuszczam, że publiczna odmowa Opani miała mnie przekonać, że nie znajdę wśród aktorów chętnych do wystąpienia w filmie, bo wszyscy są przeciw.

Czy znał Pan Lecha Kaczyńskiego?

– Poznałem obu braci Kaczyńskich w dniu, kiedy Lech Wałęsa kończył swoją prezydencką kadencję. Robiłem wtedy dokument o jego prezydenturze i spotkałem się z obu braćmi w warszawskiej siedzibie ich partii. Później nie miałem już z nimi osobistego kontaktu. Dopiero w tym roku poinformowałem Jarosława Kaczyńskiego o planach zrealizowania filmu o jego bracie.

Czy PiS jest zaangażowany w realizację filmu?

– Nie. Partia polityczna nie może wspierać finansowo tego typu przedsięwzięć.

A czy Pan wspiera PiS?

– Byłem w honorowych komitetach wyborczych zarówno Lecha, jak i Jarosława Kaczyńskich.

To znaczy, że pewnych tematów w sztuce nie należy podejmować?

– Ci, którzy dziś rządzą Polską, nie są zainteresowani, aby powstał film o tragedii smoleńskiej. Nazwę „Smoleńsk” najchętniej wymazaliby z naszej pamięci. Tak jak po drugiej wojnie światowej próbowano to zrobić ze słowem „Katyń”. Ale Polacy nie dają się tak łatwo podzielić. Dziś jesteśmy podzieleni zgodnie ze starożytną zasadą: „dziel i rządź”. Ale to nie tragedia smoleńska nas podzieliła. Zjednoczyła Polaków. Wystarczy przypomnieć sobie te tłumy na Krakowskim Przedmieściu w dniach żałoby narodowej. Podzieliło nas kłamstwo o przyczynach katastrofy samolotu Tu-154M z elitą naszego narodu na pokładzie. Wszyscy, którzy w nie uwierzyli, uważani są za „dobrych Polaków”. A ci, którzy nie wierzą w oficjalną wersję przyczyn katastrofy i domagają się prawdy o największej tragedii Polski po II wojnie światowej, nazywani są „psycholami”, „faszystami” i „podpalaczami Polski”. Tak w czasach PRL-u nazywano tych, którzy nie wierzyli w oficjalną wersję zbrodni katyńskiej. Ja jednak ufam, że żyję w wolnej Polsce. I dlatego postanowiłem zrobić ten film.

Kiedy przewiduje Pan premierę?

– Mam nadzieję, że „Smoleńsk” będzie gotowy w pierwszym kwartale 2014 r. A premiera mogłaby się odbyć w czwartą rocznicę tragedii.