Artystyczny kombinat

Barbara Gruszka-Zych

GN 03/2013 |

publikacja 17.01.2013 00:15

W głosach chórzystów słychać, jak „Bóg się rodzi”. Kiedy balet tańczy „Krzesanego”, wykrzesuje iskry spod stóp. A w koszule i bluzki w róże podczas każdego występu wsiąkają hektolitry potu.

Podczas każdego występu chórzyści muszą  co najmniej półtorej godziny stać na scenie. Jeśli kostium jest lekki, nie jest tak źle, ale jeśli, jak żywiecki, waży 10 kilogramów, zaczyna być ciężko Henryk Przondziono Podczas każdego występu chórzyści muszą co najmniej półtorej godziny stać na scenie. Jeśli kostium jest lekki, nie jest tak źle, ale jeśli, jak żywiecki, waży 10 kilogramów, zaczyna być ciężko

W ciągu 60 lat istnienia Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk” dał ponad 7 tys. koncertów dla 25 mln widzów. Występował w 44 krajach na pięciu kontynentach. W sumie to 260-osobowy kombinat artystyczny w śląskim Koszęcinie: 120 artystów chóru i baletu oraz 140 pracowników dbających o zaplecze. Repertuar pokazuje, że potrafią wykonać wszystko. „Karolinkę”, „Szła dzieweczka”, „Helokanie”, tańce podhalańskie, ale też „Requiem” Mozarta. Realizują także spektakle – w minionym roku „Wesele na Górnym Śląsku” Ligonia, „Flirt” ułożony z piosenek francuskich. Po transformacji chciano ich zlikwidować, razem z „Mazowszem” – jako relikty minionego ustroju. Dziś świat ceni te zespoły, również za to, że są tak polskie. Na Letnią Szkołę Artystyczną „Śląska” przyjeżdżają uczyć się tańca i śpiewu nawet z Denver w Kolorado. W recenzjach piszą o ich perfekcjonizmie. Mało kto zwraca uwagę na to, jaka to ciężka harówka.

10 kg na plecach

– Wydaje się, że łatwo tak stać i śpiewać przez półtorej godziny – mówi Beata Pyta – biały głos, wybrany do śpiewania „Karolinki” przez samego założyciela Stanisława Hadynę. Odtąd wszyscy się uśmiechają, że śląska Karolinka pochodzi z Tomaszowa Lubelskiego. – Człowiek stoi naprężony, spięty, w ciężkim kostiumie, obciążającym stawy i kręgosłup. Niektóre, jak żywiecki, ważą po 10 kg, a na ich włożenie podczas koncertu panie mają trzy minuty. Potem muszą w nich wbiec na scenę. Zwykle podczas jednego koncertu każdy artysta zmienia strój od ośmiu do dziesięciu razy. Dwie garderobiane, na 20 chórzystek, wyjmują je z szaf i przygotowują, ale solistki zakładają je same.

Same też robią makijaż. Zdarza się, że ktoś nie zdąży i koledzy na scenie muszą „wypełniać” puste miejsce. Nieraz w czasie tańca pod nogi spadały im troczki od halek albo dopinane warkocze. – Panie skarżą się, że brakuje im włosów na spinki, bo muszą mieć dopięte włosy, wianki, czepce – wylicza Lidia Dombek, jedna z sześciu garderobianych. – W tańcu podhalańskim musimy zrobić 120 przysiadów w 7 minut – opowiada Adam Chmielniak, tancerz i inspektor baletu. – Nieraz wychodzimy z siniakami na nogach, kiedy trzeba zrobić „klepane” po 30 razy – dodaje Marcin Kędziora, tancerz koryfej. – Ale kiedy osiem par tancerzy wykonuje to równiusieńko, jaka to jest moc… – uśmiecha się. – Ludzie pewnie myślą, że piękne dziewczyny mają przewrócone w głowach – mówi Beata Pyta. – Ale my nie gwiazdorzymy, żyjemy jak inni. Podczas pracy nauczyłam się, że samemu się nie istnieje. Można dobrze zaśpiewać solówkę, ale jak dochodzi chór, natychmiast piękniejemy. W tym tkwi siła zespołu.

Do ślubu w czerni

Profesora Stanisława Hadynę do Koszęcina przywiózł prof. Adolf Dygacz – etnolog i muzykolog. Hadyna poszukiwał miejsca, które byłoby świątynią sztuki dla jego zespołu. Imponujący, neoklasycystyczny zespół pałacowy miał być przeznaczony na szpital psychiatryczny. Odstąpiono go artystom. – Widocznie zdecydowano, że jeśli zajmą go zwariowani artyści, też będzie dobrze – uśmiecha się Ewa Kruszyna, specjalista ds. ochrony dziedzictwa kulturowego w zespole „Śląsk”. Dziś Koszęcin to 4,5-tysięczna wieś z kilkoma dobrymi sklepami, trzema aptekami, 10 fryzjerami i siedzibą znanego na świecie zespołu. Wszystko kręci się wokół niego. – Wielu artystów przychodzi do nas na chwilę, a zostaje na całe życie – mówi Zbigniew Cierniak, od 20 lat w zespole. Pracuje tu razem z żoną Joanną – solistką chóru, należącą do trzeciego w rodzinie pokolenia artystów „Śląska”. – Tworzymy mieszankę ludzi z różnych stron kraju, których łączą pasja, artyzm i wielkie serca. 30 proc. zespołu dojeżdża z terenu województwa, pozostali mieszkają na miejscu, w dwóch blokach wybudowanych z inicjatywy wojewody Ziętka. – Nasi artyści zakładają tu rodziny i jeśli chodzi o dzieci, podwyższają średnią europejską – śmieje się dyrektor. – Ze strony dyrekcji jest błogosławieństwo, artystki nie muszą się bać, że ze względu na ciążę będą zwolnione. Zwykle w trzecim miesiącu biorą L4 i przygotowują się do porodu. Szafa zespołu kryje… 21 tys. ubrań. Kolorowe wianki w magazynie, pod którym mieści się piwniczka z bielizną, wyglądają jak z żywych kwiatów, ale panie garderobiane zdradzają, że robią je ze sztucznych, kupionych na giełdzie kwiatowej. Wśród ciuchów są takie rarytasy jak 100-letni rozbarski strój panny młodej z czarną jaklą, czyli zapiętym pod szyję żakietem, i z zielonymi wstążkami. – Kupił go na skupie starych ubrań pan Wójcik, dawny dyrektor artystyczny. Dzięki niemu mamy wiele uratowanych strojów, które przepadłyby – mówi Adela Korzekwa, od 50 lat, czyli 10 lat krócej niż istnieje zespół, magazynierka „Śląska”. Gdyby ktoś ją obudził w środku nocy, wie, gdzie znaleźć jaki kostium. Nie wyobraża sobie życia bez tej pracy. Razem z Krystyną Psiuk, szefową krawcowych, są mistrzyniami w swoim fachu. Znają się na strojach regionalnych lepiej niż niejeden etnograf. Szyją je dla zespołu, ale i na zamówienie.

Trzy panie w szafie

– Każdy region ma inny krój bluzki, hafty, kolory – mówi Adela Korzekwa. – Przez lata zamawialiśmy je u rękodzielników w regionach. – Dawniej każda wstążka, haft opowiadały o człowieku noszącym ubranie – mówi Ewa Kruszyna. – Na Śląsku grzebano ludzi w najlepszych strojach, dlatego tak mało się ich zachowało. – W naszym regionie panie pierwsze zaczęły nosić pantalony – dodaje Kruszyna. Dziś artystki na białe rajstopy wkładają elastyczne majtki, tzw. szpongi. Zwykle na koncerty jeździ z nimi 5,5 tony kostiumów, czyli ponad 1000 sztuk. Chowają je w specjalnie oznakowanych szafkach. Zielone to balet damski, czerwone – balet męski, białe – chór damski, żółte – chór męski – wylicza Janina Beksa, garderobiana. – To już trzecie szafy w mojej kadencji – wyjaśnia Adela Korzekwa. – Przedtem po trzy panie były w szafie, no a teraz są osobno i na kółkach. Przedtem panowie musieli wszystkie nosić. Kostiumy wełniane oddajemy do pralni chemicznej raz na pół roku – mówi. – Bieliznę, koszule pierze się po kilku koncertach, latem częściej. Szczególnie koszule męskie – jak się w krakowiaku wypocą, to można je wykręcać. Wszystkie artystki zaglądają do Krystyny Psiuk, żeby „od cyrkla” pomierzyć długość spódnic. – Każdy region ma swoją długość – mówi szefowa krawcowych. – Rozbark – 5 cm od ziemi, Pszczyna – 20 cm. Wszystkie solistki muszą mieć tę odległość równą, a jedna jest wyższa, druga niższa, trzeba dopasować. Artystki wchodzą na podwyższenie stojące na stole i poddają się „cyrklowaniu”.

Przygoda każdego dnia

Zimą „ławeczkę profesorską”, czyli pomnik prof. Hadyny palącego fajkę i trzymającego nuty słynnej pieśni „Helokanie”, wnoszą do pałacu, żeby uchronić od erozji. Ale zniszczeniu nie ulega pamięć o założycielu. – Był mistrzem, wiedzę o Śląsku i folklorze miał w małym palcu. Cechował się wielką precyzją. Zanim coś skomponował, wiedział, czego chce i kto to ma śpiewać – mówi dyr. Cierniak. Hadyna na przesłuchaniu w Radiu Katowice wybrał go do ścisłej piątki spośród 600 osób. –Wtedy na przesłuchania przychodziło i 10 tys. osób, a zostawało kilkanaście. Na początku, wiem z opowiadań teściowej, profesor robił próby tak długo, dopóki nie zaśpiewali dobrze. Jak trzeba było, to i do pierwszej w nocy. Jak teściowie wyjeżdżali w trasę, to na trzy i pół miesiąca. Moja żona z siostrą bardzo tęskniły za rodzicami. Teraz wiele się zmieniło. Wyjazdy są krótsze, artyści mają kontakt z bliskimi przez internet. Na castingi przychodzi mniej chętnych, ale ci, którzy się zjawiają, wiedzą, czego chcą. – Prof. Hadyna zawsze się z nami witał, dużo nie rozmawiał, wymagał, żeby wszystko było elegancko wyprasowane – wspomina Adela Korzekwa. Dla Mariana Chroboka, tenora, prof. Hadyna napisał specjalnie pieśń wielkopostną „Wielki Tydzień”, bo tylko on umie oddać głosem takie łkanie. Chrobok pracuje tu od 1987 r. – Młodzi z góry dają nas w odstawkę, ale jak przychodzą na koncert, widzą, co to jest – mówi. – Nawet powściągliwi Chińczycy nagrodzili nas owacjami. Artyści chóru i baletu średnio pracują 30 lat. Do niedawna były emerytury dla artystów, ale je znieśli, więc każdy śpiewa i tańczy, dokąd starczy mu sił, bo to zajęcie mocno eksploatujące. – W balecie wypadałoby tańczyć do 67. roku, ale kto dałby radę? – uśmiecha się Adam Chmielniak. Jednak nie narzeka. Jak inni mówi, że to jego życie. – Niesamowita przygoda każdego dnia – dodaje dyr. Cierniak.