Safari po polsku

Marcin Jakimowicz

GN 51/2013 |

publikacja 19.12.2013 00:15

O tym, jak pojechać do Kenii, nie ruszając się z domu, z Joszkiem Brodą i jego żoną Deborą

Joszko Broda (ur. 1972 w Istebnej)  – multiinstrumentalista, producent muzyczny, kompozytor. Muzyki uczył się od ojca – Józefa Brody. Założyciel zespołu Dzieci z Brodą. Z żoną Deborą spodziewają się dziewiątego dziecka. jakub szymczuk /gn Joszko Broda (ur. 1972 w Istebnej) – multiinstrumentalista, producent muzyczny, kompozytor. Muzyki uczył się od ojca – Józefa Brody. Założyciel zespołu Dzieci z Brodą. Z żoną Deborą spodziewają się dziewiątego dziecka.

Marcin Jakimowicz: Joszko, mogę cię dotknąć?

Joszko Broda: Mnie? Dlaczego?

Kiedyś, w czasie gdy radio grało non stop piosenkę Anny Marii Jopek „Kiedy Joszko gra”, szedłem ulicą. Przede mną zasuwały dwie dziewczyny. Ujrzały plakat: „Zapraszamy na koncert: gra Joszko Broda”. „Joszko?” – zdumiały się, to to nie jest postać legendarna?

Jak widać na załączonym obrazku, nie jestem postacią legendarną, tylko człowiekiem z krwi i kości. (śmiech)

Człowieku z krwi i kości, czy mając ośmioro dzieci (dziewiąte w drodze), masz jeszcze chęci, by śpiewać?

Dopiero teraz chce mi się śpiewać. Mam dla kogo!

Nie budzisz się w nocy zlany zimnym potem z myślą: kto utrzyma tę gromadkę?

Nie mam takich nocnych jazd. Bardziej jestem zaniepokojony tym, co widzę dokoła. Tym, co dzieje się w moim kraju, w którym bardzo niebezpiecznie jest mieć tak dużą rodzinę. Chodzi mi o zwykłe bezpieczeństwo socjalne. Debora: Nie mów tak, bo nam dzieci pozabierają. (śmiech) Pytałeś o lęki. Przecież takie same lęki może mieć i ktoś, kto ma jedno dziecko.

Sam wielki Leszek Miller użył sformułowania „patologia rodziny wielodzietnej”…

Mnie nie obchodzi, co mówią politycy. Obchodzi mnie prawo, które stanowią. Jeśli ono de facto definiuje rodzinę wielodzietną jako patologię, to o czym mamy rozmawiać?

Gdybyście mieszkali we Francji, Anglii, państwo dopłacałoby Wam do przedszkola, leków...

Joszko: Ale ja nie chcę, by mi dopłacało. Chcę, by przestało mnie okradać! Na Węgrzech przy trójce dzieci nie płacisz podatków. Nie chcę od rządu pieniędzy. Chcę, by mi ich nie zabierał.

Macie odczucie odgórnej opieki? Tego, że Bóg sam troszczy się o dzieci?

Debora: Jasne. To standard. Wychowałam się w licznej rodzinie. Mam piętnastu braci i dwie siostry. Gdy założyłam rodzinę z Joszkiem, do trzeciego dziecka czułam w domu jakąś pustkę. (śmiech) Czegoś (a raczej kogoś) mi brakowało. Przy trójce jeszcze jakoś wszystko ogarniasz, potem cuda stają się codziennością. Nigdy nie bałam się tego, co będziemy jeść, czy będą pieniądze. Nigdy. Wychowywałam się w o wiele gorszych czasach. Joszko: A ja wychowałem się w środku istebniańskiego lasu. To był mój plac zabaw. I nagle wylądowałem w Jakubowicach-Konińskich, elitarnej miejscówce Lublina.

Wyróżniacie się w tej „miejscówce” w tłumie.

Jest nas paru. (śmiech) Tata, mama, siedmiu chłopców i dziewczyna. Jesteśmy głośni, muzykalni, gramy na instrumentach. I mamy taaaakie wysokie chwasty.

Kosiarka wysiadła?

Nie! Uwielbiamy chwasty, wysokie pokrzywy. Po co to ścinać?

Jednym słowem „pojechaliście” biblijnie: nie wycinacie chwastów, niech rosną z pszenicą…

Wiem, że norma ustalona w okolicy to 1,5 cm źdźbła trawy. Trzeba ją przycinać co tydzień. Ale nie respektuję takich norm.

Nie czujesz się lepszy od małżonków, którzy po długim namyśle decydują się na jedynaka?

Absolutnie nie. Bóg daje każdemu tyle światła, ile chce. Nie chcę osądzać, stawiać się w miejscu Boga. Mam mocne doświadczenie Jego miłości i chcę ją oddawać innym, przyjmując kolejne życie. Ostatnio jeden z dziennikarzy spytał nas: „Co mówicie ludziom, którzy się dziwią, że macie tak dużo dzieci?”. Odpowiedzieliśmy: „Dziwimy się, że mają ich tak mało”.

Nie macie dość tego spoglądania na rodzinę Brodów jak na pingwina na Saharze?

Debora: Zobacz, jeszcze kilkadziesiąt lat temu to pytanie byłoby niezrozumiałe. U naszych babć, dziadków normą były rodziny wielodzietne. To sedno problemu. Gdyby w Polsce normą były rodziny wielodzietne, ludzie nie patrzyliby na nas krzywo, podejrzliwie i nie zadawaliby dziwacznych pytań typu: „Jak to może funkcjonować?”. Wiedzieliby po prostu, że to „działa”. Żyjemy w kraju, w którym obowiązują normy stworzone dla jedynaków. Pierwszy przykład z brzegu? Zebrania w szkole. Wszystkie o tej samej porze. I wyobraź sobie, że masz jedynie trójkę dzieci (śmiech) i musisz wybrać, do kogo pójdziesz na wywiadówkę. Ktoś wymyślił taką normę. Pod jedynaków. A społeczeństwo się dostosowało.

Ile osób zasiada u was do wigilii?

Joszko: Najbliższa rodzina to ponad 40 osób (nie wliczam cioć i wujków). Bywały wigilie na ponad 100 osób. Samo rozdawanie prezentów trwało grubo ponad godzinę. Podobnie łamanie się opłatkiem. W moim rodzinnym domu zajmowało to niecały kwadrans.

Czy twoje liczne urocze dzieci sprowadzają Cię do parteru, gdy zaczynasz myśleć o sobie: „jestem postacią legendarną”?

To ogromna lekcja pokory. Wiesz, jak trudno z taką ekipą zebrać się na Roraty? Debora: Gdy nasz mały Roch dostał gorączki, drgawek i przestał oddychać, wiedziałam, że absolutnie wszystko jest w ręku Boga. Kazałam przerażonym dzieciom modlić się. Sama nie byłam w stanie go reanimować. Na szczęście miałam niańkę, która zadzwoniła po pogotowie. Skończyło się happy endem, ale było bardzo groźnie. Joszko: Byłem wtedy poza domem. Nagle dostałem informację od syna: „Leży i nie oddycha”. Tyle do mnie dotarło. Nic więcej. Pomyślałem, że zmarła Debora. Potem dowiedziałem się, że chodzi o Roszka. Pękało mi serce, bo gdy choroba uderza w dziecko, to jest to największe cierpienie, jakie możesz sobie wyobrazić.

Chciałbyś wszystko samemu wziąć na klatę?

Oczywiście! Zrobisz wszystko, by oszczędzić mu cierpienia, a nie możesz ruszyć palcem. A jeśli chodzi o lekcję pokory… Każde z dzieci jest inne. Tomek potrafi wyrecytować sztukę teatralną z podziałem na role, Mikołaj zaczyna od buntu. Uczyliśmy się literki „a”, a on wypalił: „Nie będę tak pisał literki »a«. Na pewno tak jej nie będę pisał!”. Przeszliśmy do literki „b”. „Tak nie będę pisał literki »b«”. To dla niego zbyt prymitywne…

Co będzie, jak dojdziecie do literki „z”?

Strach pomyśleć. Każde dziecko jest inne. Kiedyś ktoś siedzący u mojego teścia rzucił z ironią: „Po co tyle dzieci?”. Kpił. Przy nim i przy dzieciach. I wówczas mój teść powiedział: „Popatrz na moje dzieci. Którego miałoby nie być? Które chciałbyś usunąć? Deborę? Ignasia? Filipa?”. Zapadła cisza jak makiem zasiał. Płacz i przeprosiny.

To nie „troje dzieci”, ale Marta, Łukasz i Nikodem...?

Dokładnie! Każdy jest jednorazowy, niepowtarzalny.

Znasz słowo „nuda”?

Nie. Wiem, że są ludzie, którzy wstają i zastanawiają się: „A co teraz?”. Ja nie mam takich problemów. Jedna kupa, druga, kaszka, ubieramy się. Kiedyś zadzwonił znajomy i zaproponował, bym pojechał z nim na safari do Kenii. Coś dla prawdziwych facetów. Polowanko. Ekstremalna wyprawa. Powiedziałem: „Słuchaj, bracie, ja mam safari każdego dnia. Jeszcze nie otworzę oczu, a już wiem, że jestem w Kenii. Mam w jednym pokoju doświadczenia, których ty nie przeżyjesz nawet z największym guźcem na równinie Serengeti (rzucam w ciemno, bo nie wiem, czy akurat tam żyją guźce). Ty przy setkach lampartów i antylop gnu nie jesteś w stanie przeżyć choć części tego, co ja. Wiesz dlaczego? Bo zawsze możesz powiedzieć: „Nie podoba mi się, kupuję bilet powrotny, wracam”.

Dokładnie o tym samym mówił Jerzy Kukuczka. Pytany, dlaczego Polacy są tak zdeterminowani w górach, odparł: „By pojechać w Himalaje, musiałem przez lata żebrać po urzędach, o sprzęt, pozwolenia, pieczątki. Trafiłem w góry. Przyleciała japońska wyprawa. »Ale paskudna pogoda« – rzucili. »Przylatujemy za dwa tygodnie«. A ja powiedziałem sobie: »O, nie! Znów kilka lat użerania się? Wchodzę. Teraz albo nigdy«”.

To dokładnie to! Nie masz szans na kupno biletu powrotnego. Moje dzieci cały czas śpiewają, mówią, coś robią. Nie krzyczą. Mówią. Naraz. Osiem dzieciaków. Wiesz, jaki to rezonans? Dodatkowo są uzdolnione muzycznie. Jasiu to zapalony perkusista. Siada za mną w samochodzie i zaczyna wystukiwać rytm. Jadę autem nie pierwszej młodości, i słyszę, że coś stuka. Kurczę, poszło zawieszenie? Nie! – kamień spada mi z serca – to Jasiu! Półtora tysiąca zostaje w kieszeni. (śmiech) Nasze dzieci są niezwykle pomysłowe. Ostatnio znajomi powiedzieli nam: „Po wizycie małych Brodów nasze dzieci odkryły w mieszkaniu wiele ciekawych rzeczy, których dotąd nie zauważały”. Skakanie ze schodów, przez lodówkę…

Możecie trochę odsapnąć, gdy dzieci idą do szkoły.

Debora: Nie możemy. Dzieci uczą się w domu, na zasadzie home- schoolingu.(śmiech) Jestem ich  nauczycielką i uczę aktualnie w domu sześć klas. Dzień wygląda tak, że gdy już się pomodlimy, to siadamy do lekcji.

Czy w świecie nieustannych promocji łatwo przyzwyczaić dzieci do tego, by cieszyły się drobiazgami? Kumple dostają konsole za tysiąc złotych i jeszcze marudzą...

Dobry prezent w takiej rodzinie? Nowe ciuchy. Oni drą spodnie w zastraszającym tempie. (śmiech) Kiedyś za kupę pieniędzy kupiliśmy dzieciom po ogromnym zestawie Lego Duplo. Na Mikołaja. Ustawiliśmy te paczki w rządku, sami napawaliśmy się zdobyczą. A dzieci? Trochę się pobawiły i zostawiły te klocki na podłodze. Jeśli nie wytresujesz dziecka na małego materialistę, będzie szczęśliwsze.

Rzeczywiście, nudzą się zabawkami momentalnie. Zapominają o nich już na drugi dzień. A pan z telewizora podpowiada: „Kupcie zatem nowszą wersję, lepszy model…”.

Joszko: Błędne koło. Dlatego nie oglądamy telewizji. I co? Znów jesteśmy poza normą? I dobrze. Jeśli dla całego społeczeństwa normą jest kupowanie gry dla dziecka z wielkim pentagramem na okładce albo śpiewka, że „Gombrowicz wielkim pisarzem był”, to ja przepraszam. Będąc ostatnio na znakomitym wykładzie, usłyszałem nagraną próbkę czyjegoś głosu. Nie wiedziałem czyjego. Usłyszałem mężczyznę niesamowicie skoncentrowanego na sobie, maksymalnie zadufanego, jakiś taki egoistyczny bełkot. Kto to był? Witold Gombrowicz.

„Poniedziałek – ja, wtorek – ja, środa – ja” i tak dalej?

To był ten refren! Chwilę później profesor puścił nagrany głos Melchiora Wańkowicza. Zaniemówiłem z zachwytu. Jaka polszczyzna! Mogłem tego słuchać godzinami.

Grając koncerty, tęsknisz za rodziną czy cieszysz się, że wreszcie wyrwałeś się z domowego safari?

Ja nie potrafię bez nich żyć. Jeśli jadę na koncert, na wystawę bez Debory, to jest to dla mnie za karę. Nie odczuwam żadnej przyjemności w wyjechaniu gdziekolwiek bez żony.

No i dzieci zdominowały nam rozmowę. A tak chciałem pogadać o wpływach muzyki rumuńskiej, wołoskiej na twórczość górali istebniańskich…

Wiesz co? Może uda się innym razem? (śmiech)