Stojąca na moście

GN 32/2014 |

dodane 07.08.2014 00:15

O granicy, zaolziańskiej magdalence i ojczyźnie w języku z Renatą Putzlacher rozmawia Barbara Gruszka-Zych.

Renata Putzlacher urodziła się w Karwinie, mieszka w Czeskim Cieszynie i Brnie, polska poetka, pisarka, scenarzystka, tłumaczka, wykładowca akademicki.  Autorka nominowanej do tegorocznego Angelusa  książki „W kawiarni Avion,  której nie ma” roman koszowski /foto gość Renata Putzlacher urodziła się w Karwinie, mieszka w Czeskim Cieszynie i Brnie, polska poetka, pisarka, scenarzystka, tłumaczka, wykładowca akademicki. Autorka nominowanej do tegorocznego Angelusa książki „W kawiarni Avion, której nie ma”

Barbara Gruszka-Zych: Nieraz mówiła Pani, że jest Mohikanką noszącą imię „Ta, która stoi na moście”.

Renata Putzlacher: Tym indiańskim imieniem nawiązuję do mojego przyjaciela Wiesława Adama Bergera, prozaika z Błędowic, takiego zaolziańskiego Hrabala, który nas – mieszkańców Zaolzia nazywał Indianerami. Napisał: „Coraz nas mniej na naszej drodze, jednak nadal uparcie tu tkwimy, śląskie Indiany, ostatnie Mohikany”. Jeżeli jakieś społeczeństwo się kurczy tak jak Polacy w Czechach, zaczyna się zachowywać odmiennie niż otaczająca go większość i stara się udowodnić, że nie zdradziło swojej wspólnoty. Gdyby mój dziadek piekarz Rudolf, który przywędrował do Cieszyna spod Drohobycza, został po polskiej stronie w budynku mennicy, w życiu nie zastanawiałabym się nad indiańskim imieniem. Ale kiedy Cieszyn w 1938 r. stał się ponownie jednym miastem, dziadkowie stwierdzili, że po drugiej stronie Olzy są tańsze mieszkania. I tak się zaczęła moja czeska historia.

Kilka lat później Cieszyn znów podzieliła granica na Olzie.

Przez graniczny most przejeżdżali Ondraszek z Juraszkiem, Czarna Księżna, królowie, książęta, generałowie. Ale dla mnie kiedyś to było miejsce, gdzie nie mogłam się zatrzymać. Parokrotnie miałam ochotę stanąć, wrzucić do wody jakiś kamyk czy łódeczkę. Dziewczynka z małego miasteczka, jaką wtedy byłam, miała świadomość, że ta rzeka gdzieś tam wpada do wielkiego morza, i chciała innym, zamiast jak dziś esemesa, wysłać wiadomość, że tu jest.

Celnicy na to nie pozwalali?

Przechodząc obok nich, zawsze czuliśmy się niepewnie. Kiedy szłam z plecakiem do polskiego Cieszyna na autobus do Krakowa, gdzie studiowałam na Uniwersytecie Jagiellońskim polonistykę, zawsze myślałam, że mnie zatrzymają. Przez sam fakt, że my, Polacy mieszkający w Republice Czeskiej, mieliśmy paszporty konsularne, wyróżnialiśmy się wśród przekraczających granicę. Mieliśmy też inne niż Czesi dowody, bo zachowaliśmy obywatelstwo polskie. Mnie i moim braciom to obywatelstwo rodzice przekazali z całym bagażem problemów. Do dziś na przykład nie mam dowodu osobistego, tylko zezwolenie na pobyt, choć po tej stronie Olzy mieszkam od urodzenia. Tak tu mają wszyscy obcokrajowcy.

Za kogo Panią biorą?

Kiedy studiowałam w Krakowie, nazywali mnie Czeszką, za to w Czechach jestem Polką. Dlatego od dziecka musiałam odpowiadać sobie na pytanie: „Kim jestem?”. Już kiedy bawiłam się w piaskownicy, nie znałam wierszyków moich kolegów, a oni nie znali naszego „Kto ty jesteś? Polak mały”. Przez cały czas odczuwałam swoją inność. Tutaj często mnie pytają, co zrobiłam dla polskości. Zachowałam obywatelstwo, studiowałam polonistykę, uczę języka polskiego studentów w Brnie, no i dopóki piszę wiersze po polsku, to trwam przy polskości. Pisanie to takie składanie puzzli, próba zrozumienia, kim jestem. Nie przez przypadek mój pierwszy zbiorek wierszy nosi tytuł „Próba identyfikacji”. Jest pytaniem o to, na który brzeg mam zejść z tego mostu. Polacy w kraju nie mają takich problemów.

Pani ojczyzną jest język polski?

To przez te splątane korzenie. Mój dziadek Rudolf Putzlacher, który miał austriackich i niemieckich przodków, urodził się i mieszkał na Kresach, a w końcu przeniósł się do Cieszyna, zachował polskie obywatelstwo. Wiedział, że jeżeli z niego zrezygnuje, to jego tożsamość się rozmyje. Dlaczego ja dbam o polski? Bo kiedy go zatracę, zapomnę o korzeniach. A chciałabym tę naszą rodzinną historię pociągnąć dalej przy pomocy mojej córki. Mój pierwszy udokumentowany praprzodek Georg urodził się na pograniczu czesko-niemieckim, dlatego dziadek musiał znać język niemiecki, ale nigdy nie słyszałam, żeby go używał. W gimnazjum chodziłam na lekcje niemieckiego, ale ani raz nie zapytałam dziadka o jakieś słowo w tym języku, bo zawsze mówił po polsku, gorzej po czesku.

Pani córka mówi po polsku?

Od początku równolegle z polskimi uczyłam ją wierszyków i piosenek czeskich. Też jej było trudno, bo mieszka w Republice Czeskiej, a nosi polsko brzmiące imię Agnieszka. Nikt z Czechów nie jest w stanie napisać go poprawnie. Gdy ze względu na pracę męża przenieśliśmy się do Brna, poszła do czeskiej szkoły. Wielu patriotów mówiło, że w ten sposób ją wynarodowię, ale było przeciwnie. Tam miałam przyjemność obserwować, jak prawie każdy nauczyciel wyrażał zainteresowanie „jej” Polską. „Proszę, powiedz wiersz, zaśpiewaj po polsku, opowiedz o swoim kraju” – prosili. Przez tę inność była dla Czechów interesująca, a nie gorsza – tak jak ja to odczuwałam na pograniczu. Tu nie umiałam znaleźć języka w gębie, czułam się dzieckiem drugiej kategorii. Stąd się wzięła moja potrzeba zdawania pisemnych relacji, czyli pisania wierszy. Nieraz siadam przy stoliku w kawiarni i mój rozmówca pyta: „Kim ty właściwie jesteś?”. Już się temu nie dziwię, bo to trwa tyle lat. Przyzwyczaiłam się, że muszę w każdej chwili opowiadać się, kim jestem.

A nie wystarczyłoby odpowiedzieć: „Dobrym człowiekiem”?

Właśnie tak staram się określać ludzi. Ta moja splątana genealogia i życie na pograniczu nauczyły mnie, iż nie można mówić, że obcy jest zły. Najważniejszym z przykazań jest „Miłuj bliźniego swego jak siebie samego”. Nie oceniam ludzi według schematów narodowości ani wyznania. U nas, na Zaolziu, żyją obok siebie Polacy i Czesi, katolicy i ewangelicy. Ten symboliczny most na Olzie jest po to, żebym wyciągała ręce w jedną i w drugą stronę. Nie chcę schodzić tylko na ten jeden, jedyny brzeg. Ponieważ urodziłam się w takim miejscu, musiałam przyjąć rolę, jakiej sobie nie wybierałam. Staram się być pośrednikiem między narodami choćby przez sam fakt, że znam oba języki.

Kiedy obok siebie mieszkają ludzie dwóch narodowości, zwykle pada pytanie: „Kto ma rację?”.

Każda większość. O tym z czeskim reżyserem Radovanem Lipusem zrobiliśmy spektakl „Cieszyńskie niebo”. Czesi i Polacy, Niemcy i Żydzi przez lata żyli obok siebie, pożyczając od siebie cukier. A potem weszła tu historia z karabinem, w żołnierskich butach. Stanęli po innej stronie barykady, poszli do innego wojska. Nie chcieliśmy tych ludzi osądzać. Żeby sądzić, trzeba być w skórze drugiego. Chcieliśmy spojrzeć na Śląsk Cieszyński jak na ziemię, na której ludzie spotykają się na mostach. W spektaklu jest scena poświęcona położonej przy przejściu granicznym kawiarni „Avion”, w której teraz siedzimy: Polka z Czeszką siedzą przy stoliku, na którego środku leży szlaban, a celnik pełni rolę kelnera.

To dzięki Pani została odbudowana legendarna kawiarnia „Avion”. 

Odkryłam ją na pocztówce ze zbiorów moich dziadków i uświadomiłam sobie, że już jej nie ma. Kiedy w 1996 r. założyliśmy z Jarkiem Nohavicą kabaret literacki, nadaliśmy mu nazwę „W kawiarni Avion, której nie ma”. Samo słowo „avion” kojarzy się z lataniem, wznoszeniem ponad granicami, podziałami. Przypominając kawiarnię, zainspirowaliśmy władze euroregionu i obu Cieszynów do jej odbudowy. Ta kawiarnia jest symbolem dawnego Cieszyna, w którym obok siebie żyło wiele narodowości.

Jak pisze Pani w swojej książce „W kawiarni Avion, której nie ma”, założyła ją Żydówka Rozalia Wiesner. 

Oglądając w albumach zdjęcia z tamtych lat, znalazłam fotografię Żydów, którzy pracowali w piekarni dziadka Rudolfa. Mój dziadek pracował z nimi i ich szanował, zresztą piekł chleb dla Polaków, Czechów, Żydów i Niemców z obu stron rzeki. Niewykluczone, że piekł też bułeczki dla kawiarni Rozalii Wiesner, otwartej w 1933 r. Wtedy w Niemczech Hitler rozpoczyna swój marsz, a tutaj Żydówka zbudowała modernistyczną kawiarnię. Przejęła mnie jej historia. Przywędrowała z obecnej Słowacji, wtedy należącej do Austro-Węgier, wcześniej mieszkała z mężem na Żywiecczyźnie i wreszcie osiedli się właśnie tutaj. Owdowiała, kiedy miała 40 lat, i swój biznes do końca prowadziła sama. Nie mogłam się dowiedzieć, jakie były jej dalsze losy. Gdy w 2010 r. odbudowano kawiarnię „Avion”, jakimś cudem pojawiły się jej prawnuczki, które dopowiedziały mi jej historię. Okazało się, że we wrześniu 1939 r. Rozalia ukryta pod drewnem na wozie uciekła na Słowację. W 1942 r. z córką, zięciem i wnukami została aresztowana i z transportem pojechała do KL Auschwitz. Kiedy dowiedziałam się, że została stracona 15 czerwca, czyli w dzień moich urodzin, poczułam, jakbyśmy się spotkały. W dzień swoich urodzin zawsze pamiętam o Rozalii Wiesner. Rozmyślając nad jej historią, zorientowałam się, że w tym miejscu żyły kobiety, które miały jeszcze trudniejsze warunki niż ja. Patrząc na nią, uświadamiam sobie, jakie ja mam dziś duże szanse.

Jacek Cygan podczas wręczania Pani Srebrnego Kałamarza za tę książkę powiedział, że najbardziej ujęli go opisywani przez Panią „adoptowani” krewni, których przytuliła Pani do serca.

Opracowałam drzewo genealogiczne także tamtej rodziny, a teraz czytelnicy piszą, że podoba im się ta moja żarliwość, moje patrzenie nie „szkiełkiem i okiem”, ale za pomocą „czucia i wiary”. Spodobało im się moje poszukiwanie śladów z przeszłości polegające na odczytywaniu nie tylko metryk i dokumentów, ale wszelkich znaków na niebie i ziemi. Żeby lepiej poznać praprzodka Georga, pojechałam do wioski pod Pilznem, gdzie się urodził. Okazało się, że jedyną budowlą, która przetrwała po wypędzeniu Niemców, są ruiny kościoła św. Anny. W naszej rodzinie jest dużo kobiet o tym imieniu. Ta książka to mozaika poskładana ze strzępków mniej i bardziej ważnych opowieści. Człowiekowi żyjącemu na pograniczu potrzebna jest znajomość nie tylko historii, ale też powstałej na jej podstawie literatury. Po lekturze mojej książki wielu zaczęło spisywać swoje rodzinne opowieści. Chciałabym niektóre ich listy zacytować w jej czeskim wydaniu.

Jaką proustowską magdalenkę serwowałaby dziś Pani w kawiarni „Avion”?

Ponieważ „Avion” jest nawiązaniem do wielokulturowych tradycji, byłoby to połączenie austriackiego apfel strudla, jego wersji dla ubogich, też na bazie jabłek – zwanej „piekarską biedą”, którą piekł mój dziadek, śląskiego kołocza, no i żydowskiej macy. Może następnym razem spotkamy się przy takim specjale.

Tagi: