Obudził mnie Thomas Merton

Andrzej Kerner

dodane 17.11.2015 05:00

Ludzie. Chciałbym, żeby Czytelnik czuł się kochany przez moje wiersze – mówi Dobromir Kożuch, poeta z Opola.

Dobromir Kożuch pisze wiersze  od 30 lat Andrzej Kerner /Foto Gość Dobromir Kożuch pisze wiersze od 30 lat

Stoimy na chodniku przy kościele franciszkanów, zdjęcie zrobione, rozmowa niby zakończona, a poeta Dobromir Kożuch zastanawia się, o czym będzie tekst, który o nim napiszę. Ja też się zastanawiam. Poeta zauważa, że w kościele to jeszcze łatwo na głos powiedzieć, że się wierzy w Jezusa Chrystusa, ale w innym środowisku? Od razu tracisz twarz.

– Ale w sumie czasem, jak patrzę w oczy, w których straciłem twarz, to wolę ją stracić, niż mieć takie oczy, smutne, sfrustrowane – mówi. Jednak prosi, żeby nie uważać, że jest „kościółkowy”, że nie ma żadnych pytań, wątpliwości, a Jezus mu na wszystko odpowiada. Obawia się, żeby nie wyszło, że jest kościelnym poetą, albo robi z siebie świętego. Bo nie jest.

Jack Daniel’s i Jesus Christ
Sam się zdecydowałem, żeby pisać o poecie, więc teraz muszę swoje odcierpieć – za prawie każdym napisanym słowem pojawia się zastrzeżenie. Że to nie całkiem tak. Trochę jak z koszulką Kożucha – czarną i na pierwszy rzut oka z charakterystycznym logo whisky „Jack Daniel’s”. Tylko, że na T-shircie poety nie stoi „Jack Daniel’s” ale „Jesus Christ”. Poeta jednak od whisky się nie odżegnuje.

– Tylko że Jezus Chrystus to woda żywa. I kaca po tej wodzie nie ma – mówi. Tu zauważyć należy, że wie o czym mówi, a świadkiem jest inny poeta z Opola, przyjaciel, Jacek Podsiadło. Ich przyjaźń trwa już 28 lat. – To sobie cenię najbardziej, że choć z Jackiem różni nas prawie wszystko: pogląd na świat, religię, temperament, w pełni akceptujemy siebie i przyjaźnimy się. Jacek to jeden z najwybitniejszych polskich poetów. Zawsze potrafi powiedzieć to, co myśli, bez względu na konsekwencje. Nigdy nie miał postawy służalczej. Tylko tego mu zazdroszczę, a nie nagród, które otrzymuje. On sobie na nie zapracował – odpowiada Dobromir Kożuch na pytanie, czy zazdrości przyjacielowi nagród. Parę dni temu w doborowym gronie poetyckim: Podsiadło, Różycki, Śliwka, Kożuch, przy ognisku na działce, świętowali nagrodę im. Wisławy Szymborskiej, którą Podsiadło właśnie otrzymał.

Od Wojaczka do wnuczki Basi
Trzydzieści lat temu Dobromir Kożuch opublikował swój pierwszy wiersz. Więc poeta-jubilat. – Połowa lat osiemdziesiątych w PRL-u – to była tak nieznośna rzeczywistość dla mnie, osoby wówczas zbuntowanej, niepokornej, że próbowałem się odnaleźć w innej. Mieszkałem w Kluczborku, gdzie nie było wielu możliwości i sztuka była drzwiami, przez które mogłem uciec od tego miejsca szarego, nieznośnego – wspomina. Spotkał wybitnego krytyka Artura Sandauera, pociągali go poeci wyklęci, buntownicy. Fascynacje literackie jakby próbował zamieniać we własne życie. Edward Stachura i „Siekierezada” – więc Dobromir Kożuch spróbował pracy przy wyrębie lasu. Czytał Himilsbacha – pracował też jako kamieniarz. Wreszcie: Rafał Wojaczek, który zrobił na nim największe wrażenie.

Na szczęście Kożuch nie poszedł w samobójcze ślady Wojaczka, ale dzięki jego recenzji trafił na Stanisława Chacińskiego, reportażystę i poetę z Opola. „Chata” Chaciński dostrzegł w młodym człowieku z Kluczborka talent, wprowadził go do Klubu Związków Twórczych i do stolika w legendarnym (dziś już nieistniejącym) lokalu KZT przy opolskim rynku. Zaprzyjaźnili się, Chaciński został ojcem chrzestnym syna Sylwii i Dobromira, który dostał imię po zmarłym synu „Chaty” – Jordanie.

– I to jest najważniejsze: dom. Definiuję się przez to, że jestem mężem, ojcem, a teraz także dziadkiem. To są dla mnie najważniejsze tytuły do radości – mówi Dobromir Kożuch. Ale kiedy zauważam, że w jego wierszach widać małżeńską czułość, od razu rzuca: – No, ale nie przesadzajmy, po dwudziestu pięciu latach małżeństwa to wiadomo, różnie bywa.

Wiersz, który kocha
Wiersze Kożucha są krótkie, lapidarne. „Ładnie mówi, czysto” – pisze o poecie w dwumiesięczniku literackim „Topos” dr Adrian Gleń, krytyk literacki, teoretyk literatury z UO. – Nie nadużywam słów, nie jestem płodnym poetą. Tyle słów jest mówionych, tak dużo słów bez pokrycia, które nic nie oznaczają albo próbują zawładnąć drugim człowiekiem. Co do mnie, to bym chciał, żeby czytelnik czuł się kochany przez moje wiersze, jak np. kochany jest przez piosenki Johnnego Casha czy obrazy Tomasza Budzyńskiego. Żeby moje słowo doprowadzało go do jasnej strony życia. Za dużo jest słów złych. Jakbyśmy nie rozumieli, jak wielką moc ma słowo. Przecież my chrześcijanie wiemy o tym najlepiej, prawda? Mocą słowa powstał świat – tłumaczy Dobromir Kożuch.

I tu rzecz ciekawa, anegdota. Przyjaciele ostrzegali poetę, żeby uważał z wydawaniem tomików wierszy, bo po każdym kolejnym rodziło się mu dziecko. – Były trzy tomiki i trójka dzieci. Po czym bezpiecznie wydałem czwarty. I zostałem dziadkiem – opowiada. Teraz ma gotowy do wydania tomik piąty. Już gotowe jest wszystko: wiersze, ilustracje (obrazy Tomasza Budzyńskiego, lidera „Armii”), skład graficzny. Brakuje tylko wydawcy.

O, chyba Duch Święty
Dobromir Kożuch nie ukrywa przełomu w swoim życiu. – Ale to jest proces, nic gwałtownego, żadne jednorazowe nawrócenie. Codzienny proces, z mniejszym lub większym skutkiem. W sztuce nie znalazłem odpowiedzi na pytania: skąd przychodzimy, dokąd idziemy, kim jesteśmy? Zaczęło się od poszukiwania. Od odkrycia Thomasa Mertona, który był wszechstronnym artystą: poetą, pisarzem, fotografem, a jednocześnie księdzem katolickim i mnichem – trapistą – mówi poeta z Opola. Doświadczenie spotkania z Mertonem opisał w jednym z wierszy w trzecim tomiku „Za plecami Egipt” tak:

śniłem siebie
obudził mnie Thomas Merton
rzeka zawróciła bieg

– Wtedy zacząłem dostrzegać, że w Kościele mogę znaleźć odpowiedź na pytania, które mnie nurtują. Znałem Kościół, nigdy się od niego nie oddaliłem, ale raczej w formach zewnętrznych. Merton dał mi światło. Taki był początek drogi. Zaczęło się obcowanie z literaturą chrześcijańską, ważna książka „Przekroczyć próg nadziei” Jana Pawła II, pisma Mistrza Eckharta czy św. Jana od Krzyża – opowiada Dobromir Kożuch.

W 2000 r. zaangażował się w jedną ze wspólnot kościelnych, w której jest do dziś. – Zdecydowanie mogę powiedzieć – o, to chyba Duch Święty – że Jezus Chrystus jest moim Panem i Zbawicielem. Nie obchodzi mnie, jak kto będzie na to reagował. W Chrystusie znajduję odpowiedź na wszystkie pytania. Ale nie jest to łatwa odpowiedź. On jest Drogą, w którą się wyrusza. To, że On jest moim Panem, nie oznacza, że przestaje się myśleć – mówi poeta.

Porwany do tańca
– Moja świętej pamięci ciocia, która była historykiem sztuki i malarką, mówiła, że sztuką jest pisać o miłości i ani razu nie użyć słowa „kocham”. Można tworzyć obrazy i wiersze, które będą naładowane Bogiem, ale wcale nie muszą nawiązywać do terminologii chrześcijańskiej. Chodzi o to, że przygoda z Jezusem daje pewne owoce w postaci postrzegania świata i ludzi. Ich opisywanie staje się wtedy zupełnie inne. Afirmacja i radość życia to jest dla mnie fundament chrześcijaństwa – podkreśla.

„Tym wierszom trzeba dać się porwać do tańca albo ich nie czytać” – to znowu Adrian Gleń o poezji Dobromira Kożucha. No i wszystko pięknie, tylko jak to w życiu poety wygląda? Czy o poetycki żywot i pensję za pracę w Muzeum Śląska Opolskiego (kokosy to nie są) rodzina, żona nie mają pretensji? – Jacek (Podsiadło – przyp. A.K.) napisał kiedyś w felietonie, że w robieniu pieniędzy jest tak samo dobry jak ja. Myślę, że żona pretensji nie ma. Coś za coś. Czas, który poświęcam rodzinie, jest, myślę, odpowiedzią – mówi poeta Dobromir Kożuch.

Przecieranie oczu
światło z okna w kuchni
wylało się na stół i nie wiem
zupełnie nie rozumiem
jak mogliśmy nazwać
talerz ciemnogranatowych dojrzałych śliwek
martwą naturą?