Niebo jest najważniejsze

Szymon Babuchowski

GN 04/2016 |

publikacja 21.01.2016 00:15

O chrześcijaństwie zepchniętym do podziemia, wychodzeniu z szufladek i najsmutniejszej płycie roku z Tomaszem Radziszewskim

Tomasz Radziszewski Rocznik 1968. Gitarzysta Świetlików i Trupy Wertera Utrata. Z wykształcenia filmoznawca, z zawodu urzędnik. Ostatnio wraz z Piotrem Korsuniem  stworzył formację Pio Szorstkien, w której śpiewa swoje teksty. Żonaty,  ma troje dzieci.  Mieszka w Krakowie. roman koszowski /foto gość Tomasz Radziszewski Rocznik 1968. Gitarzysta Świetlików i Trupy Wertera Utrata. Z wykształcenia filmoznawca, z zawodu urzędnik. Ostatnio wraz z Piotrem Korsuniem stworzył formację Pio Szorstkien, w której śpiewa swoje teksty. Żonaty, ma troje dzieci. Mieszka w Krakowie.

Szymon Babuchowski: Gitarzysta Świetlików nagrał płytę z muzyką chrześcijańską. Masz świadomość, że tak podana wiadomość może mieć posmak sensacji?

Tomasz Radziszewski: Nie chciałbym być zaszufladkowany jako ktoś, kto nagrał muzykę chrześcijańską. Bo takie określenie jest przypisaniem do pewnego nurtu. Najłatwiej byłoby mnie zapewne wpisać w poczet tych „cudownie nawróconych”, którzy nagle doznali łaski olśnienia i teraz tworzą grupy ewangelizacyjne. W moim przypadku tak nie jest, ponieważ ja zawsze uważałem się za chrześcijanina, katolika. Zawsze też przyznawałem się do Kościoła, wiary w Boga. Tyle że na tej nowej płycie jest to powiedziane wprost. I może proporcjonalnie ładunek tych treści jest większy. Ale to dlatego, że jest to wreszcie mój album, na którym jestem pełnoprawnym autorem, a nie tylko „okienko” na płycie zespołu, gdzie mogę się zaprezentować.

Dojrzałeś do tego czy po prostu tak wyszło?

Tak wyszło. Zawsze miałem ambicję, żeby być twórcą niezależnym. Chciałem być liderem, ale mi te piórka przycinano, żebym za bardzo nie wyfrunął. I nagle miał miejsce zbieg okoliczności. W urzędzie, w którym pracuję na co dzień, z poddasza trafiłem na parter, gdzie siedziałem z kolegą Piotrkiem. No i gadka szmatka: on lubi muzykę, umie obsługiwać komputery. Ja uwierzyłem w siłę komputerów, które potrafią dać niezależność, ale z kolei nie umiem ich obsługiwać, jestem pod tym względem zupełnym analfabetą. Więc namówiłem go do czegoś, czego nie robił nigdy wcześniej. Najpierw miał to być koncert, jednorazowa inicjatywa. Ale okazało się to bardzo skomplikowane. Bo i tak trzeba było wszystko nagrywać, żeby to potem odtwarzać. A to, co udało się nagrać, spodobało nam się. Więc pracowaliśmy nad tym dalej. Zajęło nam to ponad dwa lata.

Kolega też jest muzykiem?

Nie. On po prostu ściągnął sobie program komputerowy, gdzie są tzw. instrumenty. Układa się kwadraciki, do których przypisane są dźwięki, i tak robi się podkłady. Piotrek przyniósł parę takich pomysłów i zaczęliśmy je obrabiać. Podogrywałem do nich gitary. Początkowo nie miałem pojęcia, jak to się robi. Nagrywaliśmy w studiu u kolegi. Zresztą studio to za duże słowo – po prostu komputer w piwnicy. I tak doszliśmy do etapu, na którym nasze siły były już za małe. Musieliśmy przenieść się do lepszego studia. Sporo pomógł mi wtedy Janusz „Yanina” Iwański, któremu puszczałem całość, prosząc go, jako muzyka, o poradę techniczną. On posłuchał tego i mówi: „Stary, ja nie rozumiem tekstów”. U mnie z dykcją jest słabo, ale on zachęcał: „Nie bój się, wywalaj te wokale do przodu”. Wierzę, że teraz jest dobrze, bo rzeczywiście „Yanina” podniósł poziom partii wokalnych.

Czysty underground. Mało kto kojarzy chrześcijaństwo z kulturą niezależną, offową. Może niesłusznie?

Nie wiem. Estetyka alternatywna nie jest mi bliska dlatego, że stanowi alternatywę wobec głównego nurtu. Zawsze w takiej estetyce się poruszałem i tylko to umiem robić. A kultura chrześcijańska to też dla mnie coś naturalnego. Nie widzę tu opozycji. Przeciwstawianie sobie tych rzeczy to chyba polska specyfika. Może to dziedzictwo komuny? Na przykład w Stanach zaśpiewanie piosenki o Bogu, wymawianie imienia Jezus nikogo nie dziwi. Nikt nie jest od razu z tego powodu klasyfikowany jako muzyk chrześcijański. A u nas chrześcijaństwo zostało zepchnięte do takiego podziemia, że jak ktoś coś powie w tym duchu, to albo jest wielkie halo i wszyscy się cieszą, że mamy nawróconą owieczkę, albo – przeciwnie – nazywają go dewotem, katolem i nie wiadomo kim jeszcze. To jest chore, ta świeckość świata, oddzielenie sacrum od całej reszty.

W Polsce mamy zespoły typowo uwielbieniowe, jak TGD, przyzwyczailiśmy się też do ostrego chrześcijańskiego rocka w wykonaniu 2Tm2,3. Twoja muzyka nie mieści się w żadnej z tych szufladek.

Szufladkowanie bierze się stąd, że odbiorca płyty skupia się na tym, co dotyczy jego samego. Natomiast „chrześcijańskość” tej płyty polega na tym, że są na niej cytaty pochodzące wprost z Ewangelii – troszkę tylko przeredagowane, żeby się trzymały melodii.

Dobór tych cytatów jest dość specyficzny. Zarówno teksty, jak i muzyka wydają się wołaniem do Boga „z głębokości”, z ciemności. To Twoje doświadczenie? Tak się czujesz jako chrześcijanin?

No właśnie, może to niedobrze? Może powinienem powiedzieć: radujcie się i cieszcie cały czas? Może to powinna być chrześcijańska postawa? Ale nie jest to płyta ewangelizacyjna. Chciałem raczej opisać pewien nastrój – trochę mój, a trochę kreowany. To nie jest tak, że rozdzieram serce i otwieram się. Opowiadam po prostu pewną historię. Te utwory mają wspólny klucz – chyba nie chcę go zdradzić. Oczywiście jest tam też zawarte osobiste doświadczenie.

Czy ta płyta jest dla Ciebie naturalną konsekwencją grania w Świetlikach, czy też jest to jednak rewolucja?

W pewnym sensie jest to rewolucja, bo praca w zespole wygląda zupełnie inaczej. Jeśli nie ma ustalonej hierarchii, w której lider narzuca wszystkim swoją wizję, to mamy do czynienia z pracą zbiorową. A praca zbiorowa może być świetna, ale istnieje w niej ryzyko konfliktu. Tutaj sam byłem sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Wszystko mogłem robić tak, jak chciałem. I jeśli coś mi się nie podobało, wyrzucałem to. Trwało to długo, aż znalazłem coś, co mi odpowiada. W zespole byłoby to niemożliwe.

Czym jest dla Ciebie praca w zespole, w którym nie jesteś liderem?

Na pewno nie jestem muzykiem sesyjnym, kimś do wynajęcia, tylko czuję się pełnoprawnym członkiem Świetlików. To jest dla mnie bardzo ważne. Natomiast mam świadomość tego, że w zespole osiąga się pewne rzeczy przez kompromisy. I nie zawsze wszyscy muszą być zadowoleni z efektu.

Teksty Marcina Świetlickiego to kawał dobrej poezji, ale nie stronią od kontrowersji i dosadnego, czasem wulgarnego języka. Nie miałeś z tym problemu?

Trochę miałem, ale ponieważ Marcin wie, że pewne rzeczy są dla mnie bolesne, to myślę, że czasami tonuje to wszystko i powstrzymuje się. Nawet nie tyle chodzi tu o teksty, ale o komentarze do utworów podczas koncertów. Zresztą, chyba nie jest tak źle. (śmiech)

Od strony ideowej chyba nie jesteście od siebie bardzo dalecy?

Tu jest różnie. Może i jesteś- my, ale mamy dystans do swoich idei. Wiemy, że to nie jest naj- ważniejsze.

A co jest najważniejsze?

Żeby pójść do nieba. To jest najważniejsze. Niektórzy myślą, że chodzi przede wszystkim o wypełnianie przykazań i o to, żebyśmy byli dobrzy. Wcale nie! Chodzi o to, żeby pójść do nieba! Wszystko inne jest przy okazji.

Kiedy możemy się spodziewać Twojej płyty?

Właśnie odpaliłem na portalu PolakPotrafi.pl informację o zbieraniu funduszy na zapłatę studia. I jeśli uda mi się zebrać te pieniądze, to myślę, że za dwa miesiące rzecz mogłaby się ukazać. Marzy mi się, żeby to się stało w okolicach Wielkiego Tygodnia.

Pod jakim szyldem ukaże się album?

„Yanina” radził mi, żeby podpisać to po prostu Tomek Radziszewski. Przekonywał mnie: „Nie wstydź się, to jest twoje dzieło, ty napisałeś większość tych piosenek”. Wolałem jednak zapytać mojego kolegę Piotrka, co on o tym myśli. Proponowałem szyld: Radziszewski & Korsuń. Ale Piotruś nie chciał. Więc myślałem, myślałem i wymyśliłem nazwę. Pierwszy człon przyszedł mi szybko do głowy, bo wiedziałem, że estetyka ma być szorstka. Takie było założenie pierwotne, kiedy zaczynaliśmy pracę: szorstkie gitary i dużo „brudu”. Dlatego stworzyłem w głowie nazwisko Szorstkien – bardzo fajne, „skandynawsko” brzmiące. Ale potrzebowałem jeszcze imienia – krótkiego imienia do nazwiska Szorstkien. I wymyśliłem: Pio. Pio Szorstkien. Do tego dodałem tytuł płyty: „Signum”. „Yanina” mówi: „W życiu tego nikt nie zapamięta”. Ale mimo to jesteśmy na liście przebojów Muzyczne Dary i już zajmujemy dziesiąte miejsce.

Przedstawiasz się jako „Polak katolik”. Co to dla Ciebie znaczy?

Jestem dumny z tego, że jestem Polakiem. Nie mógłbym gdzieś indziej wyjechać i mieszkać na emigracji, bo bardzo bym cierpiał. Nie odnalazłbym się tam nigdy. A katolik? Cała tradycja Kościoła katolickiego jest dla mnie przepiękna. Bardzo dobrze się w tym czuję. Chyba nawet jestem trochę tradycjonalistą. Stąd może ten tytuł: „Signum”. Lubię łacinę.

Chodzisz na łacińskie Msze?

Nie, bo nie mam czasu. (śmiech) Wolę chodzić do parafii za oknem. Poza tym dzieci nic by nie rozumiały. Ale byłem parę razy.

W jakim miejscu jesteś teraz jako chrześcijanin?

W takim, że świat bieżący już nie jest dla mnie tak ważny. Chociaż jeszcze czuję straty, które poniósłbym, gdyby to wszystko miało się skończyć. Ale już mniej niż kiedyś.

Twoja płyta należy do świata bieżącego czy już tego następnego?

Napisałem w internecie, że to miała być najsmutniejsza płyta roku. Świadomie umieściłem ją w takiej estetyce. Wszystkie wesołe rzeczy, jakie mi przychodziły do głowy, były wywalane. To płyta, która dotyczy życia doczesnego, przyszłego i tego, co jest pośrodku. Czyli tak naprawdę najwięcej jest tam o śmierci. Wszystko tam się wokół tego kręci, każda z piosenek.

Jesteś smutnym człowiekiem?

Właśnie nie. (śmiech) Najgorsze, że uważam się za bardzo wesołego. A piszę smutne piosenki. Może cały mój smutek tam znajduje swoje ujście? Chociaż… kiedyś chyba byłem weselszy. •