Uzbrojony w Biblię

Edward Kabiesz

Gość Niedzielny 44/2016 |

publikacja 27.10.2016 00:00

Filmem o żołnierzu bez broni, który dokonał heroicznych czynów na polu walki, Mel Gibson udowodnił, że jest w znakomitej formie.

Desmond Doss, w tej roli znakomity Andrew Garfield, dokonał na polu walki rzeczy wydawałoby się niemożliwych. Przełęcz ocalonych/Monolit Films Desmond Doss, w tej roli znakomity Andrew Garfield, dokonał na polu walki rzeczy wydawałoby się niemożliwych.

Od premiery „Apocalypto” Mela Gibsona minęło 10 lat. W tym czasie reżyser nie nakręcił żadnego filmu, tylko sporadycznie stawał przed kamerą jako aktor. Zawirowania związane z jego życiem osobistym sprawiały, że stał się swego rodzaju pariasem Hollywood. Liberalne media wypominały mu różne grzechy i grzeszki, waląc w niego jak w bęben. Było to łatwe, bo reżyser jawnie deklarował się jako katolik, co w tych kręgach nie przysparzało mu popularności. Wydaje się, że na brutalną krytykę naraził się zwłaszcza ostrymi wypowiedziami na temat ruchów feministycznych.

Teraz jednak Gibson nakręcił nowy film, oparty na prawdziwej historii: „Przełęcz ocalonych”. Po jego premierze na tegorocznym festiwalu w Wenecji reżyserowi zgotowano dziesięciominutową owację na stojąco. Jak najbardziej zasłużenie.

Niezwykły pacyfista

Desmond Doss, bohater filmu, nie był w Stanach Zjednoczonych postacią nieznaną. Gibson po raz pierwszy usłyszał jednak o nim już po jego śmierci w roku 2016.

– Nie mogłem wyjść z podziwu nad jego poświęceniem. To pierwszy w historii conscientious objector, czyli osoba odmawiająca aktywnej służby wojskowej ze względu na przekonania, który został odznaczony amerykańskim Medalem Honoru – mówił reżyser w jednym z wywiadów. – Gdy Ameryka dołączyła do II wojny światowej, a młodzi ludzie zaczęli zgłaszać się do wojska, Desmond został postawiony przed nie lada dylematem. Był gotów służyć, jednakże przemoc kłóciła się z jego moralnymi i religijnymi przekonaniami (był adwentystą dnia siódmego). Desmond przeszedł z tego powodu prawdziwe piekło, jednak nie ugiął się pod naporem prześladowców i wytrwał w swoich wartościach.

Czy Desmond Doss był pacyfistą, jak powszechnie się uważa? Wydaje się, że jednak nie do końca. Okazuje się, że pacyfizm, który nie zawsze dobrze się kojarzy, ma różne oblicza i wynika z różnych pobudek. Pacyfista kojarzy się raczej z kimś, kto odmawia obowiązkowej służby wojskowej i unika wojska jak ognia. Cóż to za pacyfista, który – tak jak Doss – zaciąga się do wojska na ochotnika? Doss, wstępując do armii, wierzył, że wojna, którą toczy jego kraj z Japonią, jest wojną sprawiedliwą, a on sam chce w niej wziąć udział. Tyle, że bez broni, bo nie chce zabijać, ale ratować życie innym. Doss w życiu, podobnie jak w filmie, był człowiekiem głębokiej wiary i nie rozstawał się z Biblią. Jego religijne i moralne przekonania nie pozwalały mu nawet dotykać broni. Wzbudzało to uzasadnioną nieufność dowódców i kolegów w jednostce, do której otrzymał przydział. Niepokoili się, bo nie wiedzieli, czy można liczyć na kogoś, kto w czasie walki idzie do boju bez broni i w sytuacji zagrożenia życia nie będzie w stanie im pomóc. Nie rozumieli pobudek, jakie nim kierowały. Zadawali sobie pytanie, dlaczego zgłosił się na ochotnika skoro nie może walczyć? Sądzili, że tylko szaleniec może pchać się bez broni na pierwszą linię frontu.

W filmie słowo „obdżektor” przewija się wielokrotnie. To spol­szczenie angielskiego wyrażenia conscientious objector, oznaczającego osobę odmawiającą odbycia obowiązkowej służby wojskowej z powodów religijnych, moralnych lub etycznych. Doss jednak nie odmawiał służby, bo zgłosił się przecież na ochotnika. Próbował uzyskać status żołnierza, który nie używa broni, ale oczywiście usłyszał, że w wojsku nie ma czegoś takiego. Nie chciał, by nazywano go obdżektorem w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, ale raczej obdżektorem współpracującym. Wyjaśniał, że chce służyć swojej ojczyźnie, nosić mundur, salutować amerykańskiej fladze i pomagać w walce, nie używając broni.

Po wielu trudnych, traumatycznych przeżyciach dopiął swego. Na polu walki udowodnił, że nie jest tchórzem, ale bohaterem. Kiedy jego oddział nie wytrzymał ataku Japończyków i wycofał się, pozostał na polu walki wraz z rannymi żołnierzami. W skrajnie trudnych warunkach, uzbrojony jedynie w Biblię, uratował ich 75. Tak przynajmniej brzmi wersja oficjalna, bo sam skromnie prostował, że naprawdę było ich „tylko” około 50. Za swoje dokonania w 1945 roku otrzymał z rąk prezydenta Harry ego Trumana Medal Honoru za „niezwykłą odwagę i niezachwianą wiarę w desperackiej sytuacji”. Już wówczas jego losami zainteresowało się Holly­wood, ale Doss nie chciał rozgłosu.

W historii USA jeszcze tylko dwa razy uhonorowano obdżektorów tym najwyższym, rzadko nadawanym, odznaczeniem wojskowym za wyjątkowe akty męstwa. Wiele lat później, w czasie wojny wietnamskiej, otrzymali je dwaj medycy. Pośmiertnie.

Zawierzyć Bogu

Film Mela Gibsona dzieli się wyraźnie na trzy części. W pierwszej poznajemy dzieciństwo i młodość bohatera w Lynchburg w Wirginii, które kształtowały jego osobowość. Nie było to dzieciństwo łatwe. Po traumatycznych przeżyciach na frontach I wojny światowej zgorzkniały ojciec Desmonda Dossa (w tej roli znakomity Hugo Weaving) wpadł w alkoholizm, wyładowując swoje frustracje na rodzinie. Wspaniałą kreację w filmie stworzyła Rachel Grif­fiths w roli matki, dzięki której rodzina jakoś funkcjonuje. To ona przekazała synowi wiarę i wartości, które odegrały tak znaczącą rolę w jego życiu. Tu rozgrywa się także piękna historia miłości bohatera do dziewczyny, którą pragnie poślubić. Romantyczna i zarazem zabawna, bo Dossowi nie brakowało poczucia humoru.

Druga część rozgrywa się po wstąpieniu do wojska, w koszarach. Doss chyba nie tak wyobrażał sobie służbę wojskową. Jego przekonania religijne, moralne i odmowa szkolenia z bronią wyzwalają w rekrutach agresję nie tylko słowną, ale i fizyczną. Byli oni przekonani, że chłopak będzie dla nich zagrożeniem w czasie walki, więc z wszystkich sił próbowali go zmusić do odejścia z wojska. Doss przechodzi tu istną szkołę przetrwania, ale nie poddaje się. Dowódcy usiłują mu nawet pomóc i proponują zwolnienie z armii. Wystarczy, by przyjął orzeczenie o chorobie psychicznej. W razie odmowy zajmie się nim sąd wojskowy.

Ostatnia, kulminacyjna część filmu to zrealizowana z rozmachem opowieść o inwazji na Okinawę, w której bierze udział batalion Dossa. Rozkaz zdobycia skarpy Hacksaw Ridge (tak właśnie brzmi oryginalny tytuł filmu) okazał się niemożliwy do wykonania. Na szczycie tego ponadstumetrowego klifu znajdowały się mocno okopane gniazda z karabinami maszynowymi, a w bunkrach i jaskiniach oczekiwały tysiące japońskich żołnierzy, którzy ślubowali walkę do końca. Amerykanie musieli się wycofać. Na polu walki usłanym zabitymi i rannymi żołnierzami pozostał tylko bohater filmu. Tu dokonuje czegoś, co zakrawa na cud. Przynajmniej on tak uważał, całą zasługę przypisując Panu Bogu.

Mel Gibson po raz kolejny udowodnił, że jest mistrzem wielkiej batalistyki. Na ekranie oglądamy prawdziwą wojnę z całą jej brutalnością i okrucieństwem. Niektóre sceny mogą być zbyt mocne dla bardziej wrażliwego widza. Ale przesłanie filmu jest jasne. Nawet w tak nieludzkich warunkach można zachować człowieczeństwo. Trzeba tylko zawierzyć Bogu. •

Przełęcz ocalonych, reż. Mel Gibson, wyk.: Andrew Garfield, Teresa Palmer, Luke Bracey, Rachel Griffiths, Hugo Weaving, USA 2015.