Spalony temat

Edward Kabiesz

GN 43/2017 |

publikacja 26.10.2017 00:00

„Zgoda” – tytuł filmu Macieja Sobieszczańskiego jest nadużyciem, bo całkowicie pomija kontekst polityczny rozgrywających się wydarzeń.

Melodramatyczna historia dziejąca się za drutami mogłaby rozgrywać się w każdym miejscu i czasie. grzegorz spała Melodramatyczna historia dziejąca się za drutami mogłaby rozgrywać się w każdym miejscu i czasie.

Tytuł filmu sugeruje, że będzie to opowieść mocno osadzona w realiach historycznych. Odbiorcy, którzy spodziewali się, że film wypełni jeszcze jedną białą plamę w historii powojennej Polski, jak „Róża” czy „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego, srodze się zawiedli. Szczątkowe informacje, jakie otrzymujemy na temat funkcjonowania obozu w Świętochłowicach na początku filmu, to za mało. Dowiadujemy się, że w obozach pracy utworzonych na początku 1945 r. więziono jeńców wojennych, zdrajców i przeciwników władzy ludowej. Później kontekst polityczny właściwie już się nie pojawia. Na konferencji prasowej po premierze na festiwalu w Gdyni usłyszeliśmy, że prace nad dokumentacją i zbieranie materiałów do filmu trwały kilka lat. Szkoda, że na ekranie tego nie widać. Tym bardziej że historia obozu Zgoda, będąca jednym z epizodów większej tragedii, jaką było potraktowanie Górnoślązaków przez władze komunistyczne po II wojnie światowej, dla wielu widzów pozostaje prawie nieznana.

Mocna scena

Na początku filmu do obozu przyjeżdża jego komendant. – Jestem Żydem – przedstawia się i zapowiada zgromadzonym na placu więźniom, że czeka ich odwet za niemieckie zbrodnie. Scena mocna, bo do tej pory Żydzi funkcjonowali w filmach najczęściej w roli ofiar. To oczywiście postać wzorowana na faktycznym szefie obozu, czyli Salomonie Morelu. Na początku widzimy również zdjęcie sprzed wojny. Widnieje na nim troje przyjaciół: Anna, Erwin i Franek. Staną się oni bohaterami rozgrywającego się na ekranie dramatu. Wszyscy, z różnych powodów, znajdą się w obozie Zgoda. Erwin (w tej roli Jakub Gierszał) jest Niemcem ze Śląska. Służył w Wehrmachcie, twierdzi jednak, że zdezerterował i nie brał udziału w żadnych zbrodniach. Franek trafił do obozu dobrowolnie, kiedy dowiedział się, że znalazła się w nim Anna, którą od dawna darzył uczuciem. W Annie kochał się również Erwin. Obaj chcą pomóc dziewczynie. Franek postanawia dostać się do obozu – co, jak się okazuje, nie stanowi większej trudności – i zostać strażnikiem. Wmówił komendantowi, że pragnie zemsty za wyrządzone mu przez Niemców krzywdy. Liczy, że znajdzie okazję, by uwolnić Annę. Dziewczyna jest najmniej wyrazistą postacią z całej trójki. Właściwie nic o niej nie wiemy, w filmie prawie się nie odzywa. Zresztą o każdej z pierwszoplanowych postaci dramatu wiemy niewiele. Nie dowiemy się też, jakie były ich wcześniejsze relacje. Oglądamy ich w działaniu, ale tak naprawdę nie wiemy, co czują i czym w danym momencie się kierują. Wydają się figurami poruszającymi się w chaotycznym obszarze obozowej rzeczywistości. Są raczej symbolami niż żywymi ludźmi. Kompletnie chybiona jest błyskawiczna przemiana Franka, który po założeniu munduru obozowego strażnika nagle staje się oprawcą, chociaż jeszcze przed chwilą współczuł uwięzionym. Wątpliwości budzi niejednoznaczna postać komendanta obozu, który w filmie pokazuje swoje ludzkie oblicze. Nie wiadomo też, czemu służą wyraziste sceny erotyczne, jakie serwują nam twórcy „Zgody”.

Trójkąt za drutami

Film z pewnością korzysta z doświadczeń oscarowego „Syna Szawła” László Nemesa. Jednak podobieństwo kończy się na operowaniu długimi ujęciami i pracy kamery śledzącej każdy ruch bohatera. W „Zgodzie” poszczególne ujęcia wyróżniają się precyzją inscenizacji, ale nie składają się w spójną całość. W „Synu Szawła” za pozornym chaosem kryła się precyzyjna konstrukcja, która sprawiała, że film budził w widzu emocje. Może węgierski reżyser miał łatwiejsze zadanie, osadzając film w rzeczywistości, która u każdego widza budziła jednoznaczne konotacje. Wszyscy przecież wiemy, czym był Holokaust.

Po rozmowach z widzami po premierze „Zgody” zorientowałem się, że mało kto wie, czym był obóz w Świętochłowicach. Po seansie wiemy niewiele więcej. Można zrozumieć intencje reżysera, który chciał nadać obrazowi uniwersalne przesłanie, ale wówczas film powinien nosić inny tytuł, np. „Obóz”. Obecny tytuł jest nadużyciem, bo całkowicie pomija kontekst polityczny i ideologiczny rozgrywających się wydarzeń. Pozostaje tylko ubarwiona scenami erotycznymi melodramatyczna historia miłosnego trójkąta rozgrywająca się za drutami, gdzie totalitarny system rozprawia się ze swoimi prawdziwymi czy urojonymi przeciwnikami, zamykając ich w obozach. Całkowicie pozbawiona dramatyzmu, co jest zasługą nieudolnego scenariusza, logiki i psychologicznej prawdy.

Widzom, którzy po obejrzeniu „Zgody” poczują pewien niedosyt i zechcą dowiedzieć się więcej o obozie w Świętochłowicach i ludziach, którzy go przeżyli, polecam dokument Stefana Skrzypczaka „Zgoda – miejsce niezgody” z 2006 r. Film naświetla sytuację społeczno-polityczną, w jakiej w 1945 r. dochodziło do masowych aresztowań Ślązaków i więzienia ich w obozach. Reżyser dotarł wówczas do żyjących jeszcze byłych więźniów obozu. Niektórzy, z różnych powodów, nie chcieli wracać do tego, co przeżyli, natomiast ci, którzy wystąpili przed kamerą, opowiadali o okolicznościach swojego aresztowania i pobycie w obozie. Są to opowieści straszne; przesycone bólem, cierpieniem i żalem. Również z powodu sposobu, w jaki Ślązaków potraktowała wówczas władza.•

Zgoda, reż. Maciej Sobieszczański, wyk.: Julian Świeżawski, Jakub Gierszał, Zofia Wichłacz, Danuta Stenka, Wojciech Zieliński, Polska 2017.

Obóz „Zgoda” w Świętochłowicach

Obóz pracy Zgoda działał od lutego 1945 r. w tym samym miejscu, w którym w latach 1942–1945 znajdował się niemiecki podobóz koncentracyjny KL Auschwitz-KL Eintrachthütte. Do obozu, będącego w gestii UB, trafiali bez sądowych wyroków Niemcy, Polacy, w tym członkowie AK i NSZ, a także mieszkańcy Górnego Śląska oskarżeni o podpisanie folkslisty czy niechęć do władzy ludowej. W obozie od początku panował głód, niektórym grupom więźniów przez kilka dni nie dawano niczego do jedzenia, a racje żywnościowe składały się z kromki chleba i wodnistej zupy. Tragiczne warunki sanitarno-higieniczne doprowadziły do epidemii czerwonki i tyfusu. Doszło do masowych zgonów. Śmiertelność w obozie związana była z umyślnym maltretowaniem więźniów przez personel. Doprowadzeni do Zgody musieli niezależnie od warunków atmosferycznych stać na placu obozowym bez jedzenia i picia, przy czym spędzali tak co najmniej po kilkanaście godzin, a niektórzy nawet po trzy doby. Powszechne było bicie więźniów. Salomon Morel, naczelnik obozu, wielokrotnie bił ich osobiście, zarówno rękami, jak i kolbą pistoletu, pałką czy taboretem. W jego obecności nad więźniami znęcali się też inni funkcjonariusze obozowi. Szczególnie drastyczne tortury polegały na zmuszaniu więźniów do leżenia na sobie i tworzenia tak zwanej piramidy składającej się z kilkunastu mężczyzn. Czasem też chodzono po leżących więźniach, co powodowało rozległe obrażenia i w niektórych przypadkach śmierć. W ciągu niespełna dziewięciu miesięcy funkcjonowania do obozu przyjęto co najmniej 5764 osoby. Rozwiązano go formalnie 20 listopada 1945 r. Wszyscy uwolnieni musieli podpisać zobowiązanie, że pod groźbą kary więzienia do lat 15 nie będą z nikim rozmawiać o tym, co działo się w obozie. Morel wyjechał do Izraela i nie odpowiedział za swoje czyny.