Reprezentacja Wybrzeża gra w Polsce

Krzysztof Błażyca

GN 24/2018 |

publikacja 14.06.2018 00:00

Zachwycił nas śpiew, taniec. Pomyśleliśmy, aby to pokazać w Polsce – mówią klaretyni. Zespół Claret Gospel z Wybrzeża Kości Słoniowej można teraz podziwiać w naszym kraju.

Claret Gospel w komplecie. Claret Gospel w komplecie.

Audrey w czasie wojny domowej w Republice Wybrzeża Kości Słoniowej była w ciąży. Gdy w stolicy, Abidżanie, trwały walki, ona uciekała z mężem do rodzinnej miejscowości Abengorou. Po drodze natrafiali na rebelianckie oddziały. – Baliśmy się. Raz nas zatrzymali. Zobaczyli, że jestem ciężarna. To była bardzo niebezpieczna sytuacja. W końcu powiedzieli mężowi: „Bierz kobietę i uciekaj”. Rozpłakał się wtedy. Bardzo płakał… – opowiada. Uciekli. Długo brakowało im jedzenia. Było trudno. Potem życie przyniosło więcej rozczarowań. – Gdy już urodziłam, on wyjechał do swojej wioski. I zostałam sama. Nie miałam za co wyżywić dziecka. Musiałam je oddać rodzinie na wychowanie – przyznaje.

W parafii, gdzie dziś mieszka, zaczęła śpiewać w kościelnym chórze. I tak spotkała Didiera. Wyszukiwał chętnych do ewangelizacyjnej grupy Claret Gospel, założonej przez o. Romana Woźnicę, misjonarza klaretyna. Do końca sierpnia 11 muzyków z tego afrykańskiego kraju wraz z o. Romanem gości w polskich parafiach.

Z drugiego wieku

Didier w tamtych wojennych dniach też wiele razy musiał uciekać. – Przygarnęła go chrześcijańska rodzina – mówi o. Roman, przez 20 lat na misjach w Wybrzeżu Kości Słoniowej. – Jego ojciec był dyrygentem w kościele. Didier też miał takie marzenie. Sam się nauczył śpiewu i nut. Potem z tego żył. Animował chóry kościelne. Gdyby nie on, Claret Gospel by do Polski nie przyjechał. Bo to Didier znalazł tych ludzi i stworzył grupę – podkreśla misjonarz. Dziś Didier jest dyrygentem.

Wojna, brak pracy, trudne życiowe doświadczenia… „Bóg wie o tym wszystkim i On zaradzi” – odpowiadają członkowie Claret Gospel. – Masz taką wiarę? – pyta prowokująco misjonarz. O muzykach powie, że są „z II wieku chrześcijaństwa”. – Pochodzą z takiego Kościoła, gdzie ktoś przynosi oddać amulety, a zabiera ze sobą krzyżyk. Ten ich zachwyt nad pierwszą wspólnotą… U nas duchowość jest zamknięta. Oni mają swobodę mówienia o Chrystusie. Żyją tym, nie wstydzą się. A tutaj uczą się naszej wiary. Że to tysiąc lat historii. I utwierdzają się we własnym wyborze Jezusa Chrystusa – dodaje misjonarz.

Odwróć wzrok

W rodzinie Didiera było ich dziewięcioro. On przygodę z Claret Gospel rozpoczął w 2005 r., trzy lata po tym, jak po raz pierwszy zawiązana została grupa. Z obecnego składu Didier jest najdłużej. Ludzie się zmieniali, jedni odchodzili, zakładali rodziny, pojawiali się nowi. Didier został. Muzyka nadaje cel jego życiu. W Abidżanie poznał ojca Romana. Dotarł tam w czasie wojny. Uciekał z Bouake, na wschodzie kraju, gdzie studiował ekonomię i zarządzanie. – Mieszkałem w tym czasie u wuja. W mieście pojawili się rebelianci. Zabijali. Niektórych brali w niewolę. Mnie z wujem kazali się wynosić pod groźbą utraty życia. Uciekaliśmy przez las w stronę Abidżanu. Bez jedzenia, bez wody, z krótkimi chwilami odpoczynku – opowiada.

Gdy w końcu dotarli do Abidżanu, Didie zapadł na ciężką chorobę. – O leki było trudno, bo była wojna. Ten okres bardzo odbił się na mojej psychice.

Mówi, że dziś dziękuje Bogu, iż tamto się skończyło. – Nie możesz cały czas o tym myśleć, bo umysł oszaleje. Tamte wspomnienia pozostają w pamięci. Kilka osób z mojej rodziny zginęło od kul. Wojna to zło. Dziś modlimy się za nasz kraj, za rząd, aby sytuacja była lepsza. A tutaj możemy śpiewać, chwalić Boga i spotykać ludzi.

Ten spokój mi się podoba

– Wyraź siebie tak, jak potrafisz – przekonuje Joel. Na początku mówi, że historia jego życia „nie jest skomplikowana”. Dopiero potem, słowo po słowie, pojawią się mroczne fakty. Joel śpiewa z Claret Gospel od trzech lat. Został zaproszony przez Didiera, podobnie jak Audrey. – Chcemy pokazać, że możesz modlić się przez śpiew i taniec. W Afryce chrześcijaństwo jest gorące, wyrażane w żywiołowy sposób. Tu, w Polsce, jest spokojne. To też mi się podoba, choć nasza duchowość jest inna. Ale to ten sam Bóg – mówi.

Z wykształcenia jest informatykiem. Mieszkał w miejscowości Man. – Byłem wtedy w college’u. Ojciec pracował w szpitalu, wcześniej był policjantem. Niczego nam nie brakowało. Ale gdy przyszła wojna, straciliśmy wszystko. Musieliśmy uciekać. Mogliśmy zabrać tylko małe pakunki. Gdybyśmy zostali, na pewno by nas zabili.

Pewnego dnia przyszli z bronią do ich domu. Zabrali ojca i siostrę. – Chcieli zabrać motocykl. Matce powiedzieli, że jeśli nie odda kluczyków, zabiją nas wszystkich. Joel z rodziną opuścili Man tydzień później. – Słyszeliśmy strzały dokoła. Biegliśmy. Poczułem coś w nodze. Zobaczyłem, że krwawię. Trafiła mnie kula. Dla mnie to był cud. Mogłem przecież dostać w głowę czy w serce. Do dziś mam ślad.

Dla Audrey to pierwszy pobyt w Polsce. Dopiero co dołączyła do grupy. – Ojciec i matka byli bardzo dobrymi chrześcijanami. Ale ja taka nie byłam. W Abidżanie poznałam pewnego mężczyznę. Nie był dobrym człowiekiem. Zabijał. Wtedy o tym nie wiedziałam – opowiada. Na początku wydawało się jej, że jest szczęśliwa. – Często się z nim spotykałam, ale jemu chodziło o coś innego. Nalegał, abym mu pokazała, gdzie mieszkam.

To było jeszcze przed wojną. Mieszkała wtedy z rodziną. – Kiedy rodzice wyszli do kościoła, ja i moje rodzeństwo zostaliśmy w domu. Wtedy ten człowiek przyszedł pod nasz dom z grupą innych. Zawołał mnie. Jeden z braci go rozpoznał. Krzyknął: „Nie! Odpraw go, on jest zły, on zabija ludzi”. Brat przestraszył się i zamknął się w pokoju. Ten człowiek pukał do drzwi. Widziałam maczetę w jego rękach… – tu Audrey przerywa historię. – Obiecałam wtedy Bogu, że będę już zawsze chodziła z rodzicami do kościoła. Od tego czasu jestem dobrą chrześcijanką – mówi. – A ten człowiek z maczetą? – pytam. – Odszedł… – odpowiada.

Jak w futbolu

Koncerty Claret Gospel w Polsce organizuje od początku fundacja misjonarzy klaretynów „Zostaw slad”. Ks. Roman Woźnica przyznaje, że ludzie nieraz płaczą ze wzruszenia, gdy słyszą śpiew Claret Gospel. – Oni znają tych pieśni ze sto. Po francusku, angielsku, łacinie, w ich językach lokalnych, a w tym roku jubileuszu niepodległości nauczyli się nawet po polsku – mówi misjonarz.

Klaretyni swą pracę wśród wiernych Wybrzeża zaczęli w 1990 roku. – Zachwycił nas śpiew, taniec i liczba chórów kościelnych. Te stroje, makijaże, bębny, entuzjazm, żywioł, a przede wszystkim radosne chrześcijaństwo! – wylicza ks. Roman. Podkreśla, że Claret Gospel to nie grupa folklorystyczna. W koncertach, które odbywają się po Mszach św., chodzi przede wszystkim o ewangelizację. – Oni pochodzą z różnych miast, a na czas Claret Gospel tworzą jedną rodzinę. Są jak piłkarska reprezentacja swego kraju. Te trzy miesiące, które spędzają w Polsce, to czas, gdy dzielą się z Polakami swoją wiarą, a dla nich samych też czas rekolekcji. Codzienny Różaniec, czytanie Pisma Świętego, Msza, spotkania. Wierzymy, że to jest siła Claret Gospel – mówi ks. Roman.•

Informacje o koncertach Claret Gospel, nad którymi „Gość Niedzielny” ma patronat, dostępne na: fundacjazostawslad.pl