Uczył Śląska

Edward Kabiesz

GN 1/2019 |

dodane 03.01.2019 00:00

Najważniejszym dokonaniem Kazimierza Kutza w sferze artystycznej i w pamięci widzów pozostanie trylogia śląska.

Kazimierz Kutz był twórcą wszechstronnym. Reżyserował spektakle teatralne i telewizyjne, był autorem powieści, felietonistą, działaczem politycznym i społecznym. Rafał Guz /pap Kazimierz Kutz był twórcą wszechstronnym. Reżyserował spektakle teatralne i telewizyjne, był autorem powieści, felietonistą, działaczem politycznym i społecznym.

Dzięki jego filmom Polska uczyła się Śląska. Nie można jednak zapominać o wcześniejszym okresie jego twórczości. Był autorem ważnych, chociaż dzisiaj mniej znanych filmów, które w swoim czasie wywoływały ożywione dyskusje. Tak było z „Krzyżem Walecznych”, debiutem Kutza zrealizowanym na podstawie trzech nowel Józefa Hena, których akcja rozgrywa się gdzieś na pograniczu wojny i pokoju. Film stał w opozycji wobec dominującej w polskim kinie tendencji, której najwybitniejszym przedstawicielem był Andrzej Wajda. Bohaterowie byli prostymi żołnierzami, a wszystkie opowieści zmierzały w stronę realistycznego oglądu rzeczywistości.

Zachorował na Górny Śląsk

Prawdziwa burza rozpętała się w 1960 r. po premierze kolejnego filmu Kutza. Autorem scenariusza „Nikt nie woła” na podstawie własnej powieści był również Józef Hen. Film spotkał się z negatywnym przyjęciem krytyków, władz polskiej kinematografii, zdystansował się do niego również autor scenariusza. Hen w swojej niewydanej wówczas powieści opowiadał o losach Polaków w ZSRR. Akcja filmu z powodu cenzury nie mogła jednak tam się rozgrywać. Przeniesiono ją na Ziemie Zachodnie. Tam trafia bohater filmu, by zacząć nowe życie. W małym miasteczku Bożek poznaje dziewczynę, zakochuje się w niej, a główny wątek fabularny stanowią relacje między młodymi ludźmi. Okazuje się jednak, że wkrótce główny bohater musi uciekać, bo jest ścigany przez członków podziemnej organizacji za niewykonanie rozkazu.

Negatywne oceny, z jakimi spotkał się obraz „Nikt nie woła”, były zasługą formy, nie treści filmu. Kutz zerwał z tradycyjną narracją, pokazując rodzącą się miłość przez obraz. To właśnie niezwykle plastyczne kadry rejestrowały odczucia bohaterów, zderzając je z realnością zrujnowanego miasteczka. Świetne zdjęcia Jerzego Wójcika podkreślają izolację młodych ludzi, którzy na przekór okolicznościom próbują ocalić miłość i ułożyć sobie życie. Osamotnienie i posępną atmo­sferę uwydatnia muzyka Wojciecha Kilara. Praca przy tym filmie była początkiem współpracy kompozytora z Kutzem, która trwała wiele lat. Dzisiaj „Nikt nie woła” uważany jest za utwór prekursorski wobec osiągnięć ówczesnej światowej kinematografii. Wówczas Kutz zyskał miano „formalnego eksperymentatora”. A to groziło utratą samodzielnej pozycji, być może nawet powrotem do pracy w charakterze asystenta reżysera, jak na początku jego drogi twórczej.

Po „Nikt nie woła” reżyser dalej szukał własnej drogi, nakręcił kilka interesujących filmów, w tym znakomity „Ktokolwiek wie…”. Prawdziwy przełom w jego twórczości nastąpił po powrocie na Górny Śląsk. Decyzja o przyjeździe zapadła w 1967 r. Kutz wyjaśniał w rozmowie z Elżbietą Baniewicz, że to, co miał do powiedzenia, powiedział w pierwszych filmach. „I po jakimś czasie znalazłem się na mieliźnie… Coraz bardziej zdawałem sobie sprawę z własnej jałowości. I wtedy, przeżywając głęboką depresję, wróciłem pokornie – po dwudziestu latach – z powrotem”. Na decyzję o ponownym zamieszkaniu na Śląsku wpływ miał też jego starszy brat, Henryk. Reżyser zamieszkał u niego w Tychach. I, jak wspominał, „zachorował” na Górny Śląsk.

Pierwszy film cyklu trylogii śląskiej, a właściwie jedna jego scena, przyśniła się Kutzowi. Chodzi o epizod w kościele, „gdy dwa witraże barwią światło kolorami, a wśród tej magmy kolorów uciekają dwaj bracia i jeden z nich, ranny, umiera. Zrekonstruowałem to w filmie dokładnie według snu”. Scenariusz „Soli ziemi czarnej” miał premierę w 1970 r. Powstał na podstawie rodzinnych przekazów i pamiętników. To opowieść o powstaniach śląskich przedstawiona przez losy braci Basistów. W życiu Gabriela, najmłodszego z nich, powstanie stanowi inicjację w dorosłość, bohater przeżywa też pierwszą miłość. Ta luźna, balladowa, sugestywna opowieść narzuciła widzom obraz Górnego Śląska pełen autentyzmu i piękna. Z pewnością jest to też wizja mitologizująca. Kutz stworzył opowieść o drodze Górnego Śląska do Polski, która jawi się bohaterom jako marzenie, podkreślając jednocześnie ludowy charakter powstania.

Dwa lata później na ekrany weszła kolejna część śląskiego cyklu, „Perła w koronie”, której akcja toczy się w latach 30. XX wieku. To jakby kontynuacja „Soli ziemi czarnej”, z którą łączy ją postać grana przez Jana Englerta. W pierwszym filmie był on dowódcą oddziału Polskiej Organizacji Wojskowej Górnego Śląska, a w „Perle…” jest bezrobotnym. W filmie zagrało wielu aktorów z poprzedniej produkcji. Obraz opowiada o wielkim strajku w fikcyjnej kopalni, od której zależy życie całej górniczej osady, a którą właściciel, Niemiec, postanowił zlikwidować. Bohaterem opowieści jest młoda górnicza rodzina. Reżyser wyraźnie stylizuje obrazy śląskiej obyczajowości, nadając filmowi charakter poetyckiej ballady. Ponura czerń kopalnianych podziemi stoi w ostrym kontraście do kolorowych górniczych domków, pięknych ludowych strojów, a także miłości, która łączy małżonków. To także film o kultywowanych w regionie tradycyjnych wartościach, czyli rodzinie, domu i etosie pracy.

Ofiara krwi

Ostatni film trylogii jest jej dopełnieniem, ale utrzymany został w realistycznej formule. „Paciorki jednego różańca” rozgrywają się pod koniec lat 70. XX w., kiedy władze burzą domki emerytowanego górnika Habryki i jego sąsiadów. Habryka mieszkał tu z rodziną od dziesięcioleci. W miejsce domów mają powstać bloki dla ściąganych z całej Polski na Śląsk pracowników kopalnianych. Niektórzy z mieszkańców już się wyprowadzili do nowych mieszkań, inni są w trakcie przeprowadzki. Habryka, żegnając się z sąsiadami, zapowiada, że nie opuści swego domu. Końcowe sceny mają wymowę symboliczną. Nowe przyniosło zagładę tradycyjnego stylu życia i kultywowanych przez pokolenia wartości. Filmowy pogrzeb Habryki oznacza kres dawnego Śląska, chociaż nie wydaje się, aby bohater, jak słusznie zauważył w swojej książce „Katowice Kazimierza Kutza” Jan F. Lewandowski, był reprezentatywnym przedstawicielem górnośląskiej klasy robotniczej. Jest ateistą, przodownikiem pracy i chętnie wdaje się w rozmowy na temat Marksa, ale „jego bunt przemienia się w obronę tradycyjnego Górnego Śląska”.

Śląska trylogia filmowa, która zmieniła postrzeganie regionu w Polsce, nie była jedynym wyrazem przywiązania reżysera do tego tematu. W 1983 r. nakręcił on według własnego scenariusza dramat „Na straży swojej stać będę”, opowiadający o narodzinach konspiracji zbrojnej na Górnym Śląsku na początku niemieckiej okupacji. Film odkrywał nieznane karty historii Górnego Śląska, gdzie temat AK pozostawał tabu. W filmie jednym z bohaterów jest ks. Wyglenda, wzorowany na postaci ks. Jana Machy. Grupa Machy zajmowała się pomocą prześladowanym, zbieraniem składek wśród Polaków i kolportowaniem ulotek. Ostatnia sekwencja filmu rozgrywa się w więzieniu przy ul. Mikołowskiej w Katowicach, gdzie w 1942 r. zgilotynowano ks. Machę.

Jednym z najważniejszych filmów o stanie wojennym pozostanie z pewnością „Śmierć jak kromka chleba”, opowiadający o tragedii kopalni „Wujek”, gdzie 16 grudnia 1981 r. zginęli górnicy. W tych dniach Kutz, jako jedyny polski reżyser, został internowany i przebywał w areszcie w Komendzie Wojewódzkiej MO w Katowicach. Wypuszczono go przed Bożym Narodzeniem i wtedy dowiedział się o śmierci górników. Jak wspominał, wydarzenia na „Wujku” były największym szokiem jego życia. O realizacji filmu na ten temat myślał już w latach stanu wojennego, ale stało się to możliwe dopiero po upadku komunizmu. Obraz jest rekonstrukcją pacyfikacji kopalni „Wujek”, choć nie tylko. Walka górników, rozpoczęta w kopalni w obronie przewodniczącego Solidarności, staje się ostatecznie ofiarą krwi, zasiewem przyszłej wolności. Nabiera więc charakteru romantycznego. Dzięki elegijnej muzyce Kilara, łączącej elementy śląskich melodii z kościelnym chorałem, oraz uniwersalizacji męczeństwa strajkujących film przypomina momentami widowisko pasyjne.

To moje sny

„Moje śląskie filmy to moje sny ku pokrzepieniu mego skołatanego serca i serc moich ziomków, zrobione, aby im przypomnieć naszą przeszłość, z której należy czerpać siłę do przetrwania i zwyczajne poczucie godności” – podsumował reżyser filmową twórczość związaną ze Śląskiem w szkicu o Wojciechu Korfantym, jednym z jego ulubionych bohaterów. Dokonania w sferze filmowej należą z pewnością do najważniejszych w jego biografii. „Sława i chwała”, serial na podstawie powieści Iwaszkiewicza, zamykał jego filmową biografię. Kutz był twórcą wszechstronnym. Reżyserował spektakle teatralne i telewizyjne, był autorem powieści, felietonistą, działaczem politycznym i społecznym. Jego polityczne poglądy w ostatnich latach działalności bardzo się zradykalizowały. Nie można mu zarzucić, że był koniunkturalistą. Kochał Śląsk i wadził się z każdą władzą.

Kutz deklarował, że jest ateistą. Przez długi czas reżyser przyjaźnił się z Wojciechem Kilarem, autorem muzyki do wszystkich jego śląskich filmów. – Kutz, ten agnostyk i ateista, daje takie przykłady zrozumienia spraw wiary, że wydaje się, że dla niego istnienie Boga jest oczywiste – mówił kompozytor w wywiadzie z Elżbietą Zaniewicz, kiedy trwały zdjęcia do filmu o „Wujku”. Pewnego dnia Kilar wstąpił na probostwo ks. Bolczyka, gdzie kręcono jedną ze scen. – Wysłuchałem wraz z aktorami przepięknej tyrady Kutza do aktorów, tłumaczącej im sprawy wiary, stosunku do Boga itd. Odprowadzając mnie, ks. Bolczyk zapytał, jak to jest, że taki człowiek, heretyk właściwie, potrafi mówić pięknie i prawdziwie o rzeczach, o jakich nigdy nie powiedzą ludzie leżący krzyżem przed ołtarzem.•

Tagi: