Fredka rozmowy z Albertem

Agata Puścikowska

GN 2/2019 |

dodane 10.01.2019 00:00

Drewniany, duży, patrzy na niego codziennie. Małomówny jest, ale swoje powiedział. Te małe, gipsowe, poszły do ludzi. By też im mówić...

Czasem też przywraca blask starym, zniszczonym świątkom i krzyżom. ROMAN KOSZOWSKI /FOTO GOŚĆ Czasem też przywraca blask starym, zniszczonym świątkom i krzyżom.

Gdy był mały, ciągnęło go do drzewa. Z dziadkiem dorabiał koła do wozu. – Osiem lat miałem i chciałem diabełka w beczce zrobić. Widziałem takiego w telewizji i bardzo mi się spodobał. Wyszła mi… radosna dziewuszka w beczce. Pomalowałem szkolnymi farbkami – śmieje się Fredek Tobiasz z Librantowej pod Nowym Sączem. Bo i w zasadzie po co straszne rzeczy robić, gdy można dobre i piękne? Tak już Fredkowi zostało…

Jak oddychanie

Minęły lata. Fredek został kamieniarzem. Ożenił się, bardzo szczęśliwie zresztą, z Małgorzatą. Urodziły się córki Patrycja i Natalia, po latach jeszcze Ola. Ale to rzeźbienie, ta chęć, by wydobyć z pniaka, z gałęzi coś więcej, była we Fredku nadal. – Naszło mnie w końcu i kupiłem pierwsze dłuta. Nie znałem się na tym zupełnie, działałem sercem i intuicyjnie. Moja pierwsza rzeźba to Jezus Frasobliwy. I tak to się zaczęło: uczyłem się najpierw sam. Lepiej czy gorzej to wychodziło, ale nawet gdy nie wychodziło, szanowałem pracę i te swoje, niezbyt udane, świątki – opowiada. – Bo jak tu świątka wyrzucić, nawet jeśli nieświęcony? Jeden rzeźbiarz ludowy pokazał mi, z 15 lat temu, do czego są jakie dłuta.

Bo przecież tych dłut potrzeba bardzo dużo. I różne. Drobniutkie, szerokie, proste i zakrzywione. Takie, które służą do precyzyjnych wykończeń, i takie, które rozłupują, rzeźbią tylko wtedy, gdy w trzonek uderzy się młotkiem. Z odpowiednim nachyleniem i siłą, rzecz jasna.

A potem trafił Fredek na forum. Internetowe, rzeźbiarskie. To było pewnie z dziesięć lat temu. Poznał rzeźbiarzy ludowych, plenerowych, zintegrował się ze środowiskiem. I chociaż nie mógł rzeźbieniu poświęcić całego swojego czasu, bo przecież firma kamieniarska wymagała zachodu, to z każdym miesiącem, rokiem więcej było w jego życiu tego rzeźbienia. – Bo to rzeźbienie to jak jedzenie, picie i oddychanie. Nie da się przestać. Nic mi się lepszego, prócz rodziny, nie mogło przytrafić. Za to jestem najbardziej wdzięczny Panu Bogu: za moje dziewczyny i za to rzeźbienie.

Świątki i kapliczki

Fredek najczęściej rzeźbi świątki. Bardzo różne. Niektóre ludowe, inne – szczególnie na zamówienie do kościołów – bardziej klasyczne. Jeszcze inne zupełnie nowoczesne. Bywa, że coś go tak natchnie, żeby ta konkretna postać albo ten krzyż miały zupełnie inny styl, wyglądały inaczej. Po co? Ano właśnie. Po coś... Każda rzeźba ma swoją historię, swoje ciche przesłanie, wiąże się z wydarzeniem, stanem, modlitwą. I jest modlitwą. Bo jak nie modlić się – rzeźbiarską pracą – gdy trzeba wyrzeźbić Matkę Bożą Bolesną, 160 cm wysokości, i św. Jana – 185 cm wysokości? Matka i syn stoją teraz naprzeciwko siebie, w głównym ołtarzu jednego z podkarpackich kościołów. – Poważna, gruba to była robota. Dała mi wiele radości, satysfakcji i… wyciszenia.

Dlaczego Fredek rzeźbi niemal wyłącznie postaci świętych? Same do niego przychodzą. I zostają. Może i były od dawna w głowie, w sercu, w tradycji. W tej wierze, która tutaj, na południu, żywa jest jeszcze i prawdziwa. Ludzie przychodzą, o świątki proszą. I kapliczki przydomowe. – To mnie bardzo cieszy, gdy ktoś chce kapliczkę. Na zewnątrz przecież taka kapliczka stoi, ludzie widzą, żegnają się. To ważne. U nas wiara zakorzeniona głęboko. I chciałbym, by tak zostało. I by młodzi przejęli…

Wieje. Mocno wieje. W styczniu w Librantowej zawsze wieje. A już na wzgórzu, u Tobiaszów, wyjątkowa zawsze zawierucha. Śnieg zawiewa, zaspy się robią. Podobno kilkadziesiąt kilometrów stąd w linii prostej Tatry. Podobno i z podwórka widać, gdy widoczność dobra. Dziś tylko duje, wieje i śnieg coraz mocniejszy. Pięknie…

Przed domem przysypany nieco śniegiem Chrystus Frasobliwy. Jakby strzegł domu, patrzył na góry. I frasował się, że ludzki los taki niepewny, więc bez dobrego obrońcy…

– Zafascynowany jestem Panem Jezusem – mówi nagle i prosto Fredek. – Mówię o prawdziwym, tym, który za nas umarł i zmartwychwstał. Jego cierpienie za nas jest… niebywałe. I Jego miłość do nas. Czytam o Nim. Rozmyślam. Zgłębiam. Nieraz nie umiem powiedzieć, co do Niego czuję, a wypowiem rzeźbą. Utrwalę to w drewnie.

Ludzie zrozumieją. Bądź nie.

Dłutem dziękowanie

– Jestem wdzięczny Bogu za rodzinę. Za dom. Za trzy córki. W młodości modliłem się o dobrą żonę, a dostałem anioła – uśmiecha się Fredek do Małgosi. Małgosia, ładna, subtelna blondynka, gospodarna i pracowita, też jest dumna z prac męża. Więc w domu niektóre prace męża wiszą. Inne mają swoje miejsce w pracowni. Porządek musi być. Pracownia, kilka kroków od domu, jest królestwem Fredka. Ale i coraz częściej jego najstarszej córki, Patrycji, która pomaga.

– Dom swoimi rękami wybudowałem. Cieszę się tym, co mam. Codziennie rano za to dziękuję. Zresztą nauczyłem się więcej dziękować niż prosić. Te moje rzeźby to też forma podziękowania.

W domu wisi wyjątkowy krzyż. Nadpalony, Jezus bez rąk i bez nóg. Jakby stary, jakby z jakiegoś kataklizmu. Nie, to nie kataklizm. To prawda o Nim. O Jego cierpieniu. Dojrzewał do tego Fredek i tak tego Jezusa przekazał. Czy też Jezus przekazał mu siebie? – On oddał nam całego siebie. Właśnie tak. W cierpieniu. Inny Chrystus, który w rzeźbie do mnie przyszedł, to taki „oderwany” z drzewa – z rękami wyciągniętymi do ludzi. Ciągnie mnie do Niego. By Go poznać i zrozumieć...

A zrozumieć można i pośrednio, poprzez świętych. I ich życie. – Gdy sprowadziliśmy się do Librantowej, naszą parafią stał się kościół pw. św. Brata Alberta. Wtedy niewiele o nim wiedziałem. Zacząłem czytać, poznawać. Wielka postać.

Fredek zaproponował proboszczowi wyrzeźbienie Alberta. Że jeśli ktoś da materiał, to on wykona figurę dla parafii. Ksiądz się wizytą trochę chyba zdziwił, bo popatrzył i powiedział: „Od jakiegoś czasu myślę o pomniku przed kościołem. Właśnie Alberta”…

Miała być lipa albo topola. Ksiądz po Mszy poprosił parafian. Szybko zgłosił się ofiarodawca z jaworem. Jawor dobry, ale twardy. To było wyzwanie. Rzeźba okazała miała być. W początkowych pracach pomagał Fredkowi kolega rzeźbiarz. Kończył już Fredek sam. Albert, 2,5-metrowy, stanął przed kościołem. – I długo stał. A potem, po latach, postanowiliśmy zrobić rzeźbę z kamienia, trwalszą. Z pińczaka, takiego kamienia. Sam wybierałem dobrą bryłę, bez pęknięcia w środku. Skałę na traka władowaliśmy: 3 tony ważyła, 3 metry mierzyła. Był rok brata Alberta, trzeba było się spieszyć...

I wtedy też mocna zima była w Librantowej. Zamiecie, zimno, a Fredek przy tym kamieniu działał. Bał się, że nie zdąży. Udało się. – I powstało też przy parafii Bractwo Brata Alberta, którego jestem członkiem. Mamy spotkania, modlimy się, gdy trzeba komuś pomóc – pomagamy. Staramy się, by patron parafii nas po prostu w życiu prowadził.

Pomyślał też niedawno Fredek, że mają tak wyjątkowego patrona, dobrego jak chleb i swojskiego. A po chałupach nikt takiego nie ma! I co tu zrobić, by kult rozpowszechnić?

W pracowni Fredka stoi drewniany Albert. Duży, zamyślony. To z nim Fredek najczęściej rozmawia. Gdy rzeźbi i gdy odpoczywa. Albert małomówny raczej jest. Ale czasem jedno spojrzenie wystarczy. I jedno, niemalże niesłyszalne słowo… – Wpadłem na pomysł, żeby zrobić dużo małych figurek. I żeby Albert do ludzi poszedł. Proboszcz się zgodził i tak to się zaczęło…

Więc najpierw powstała drewniana kilkudziesięciocentymetrowa rzeźba. Albert, trzymający chleb, niosący go ludziom. Potem poszukał Fredek firmy, która zrobiła z tej rzeźby profesjonalną formę do odlewów. Dobra to forma, wewnątrz sylikon, na zewnątrz ciężka, twarda masa. Specjalne klipsy łączą jedno z drugim. Dobra to forma, bo ani jedna figurka nie zepsuła się w robocie.

– Nauczyłem się dość szybko, jak to robić. Do formy wlewam gips, zaciskam. Potem musi to dobrze wyschnąć. I trzeba odpowiednio pomalować. W tym malowaniu pomaga, bardzo precyzyjnie i z pasją, córka Patrycja. Uzdolniona jak ojciec, pędzelkiem nanosi brązy, szarości, beże. Powoli, delikatnie. Z jej palców ostatecznie wychodzi brat Albert. Niemal jak żywy. – Pierwsze kilkadziesiąt rzeźb zanieśliśmy do kościoła. Ksiądz ogłosił, że można wziąć do domu, a ofiara w całości zostanie przekazana na nasze, lokalne hospicjum. Ludzie natychmiast Albertów do domów zabrali! I jeszcze o więcej proszą, więc robimy. Zobowiązuje ten patron...

W pracowni suszą się kolejne figurki. Jedne zupełnie mokre, inne wilgotne. Jeszcze inne suche, Patrycja maluje partiami, nanosi kolejne odcienie brązów. Gotowe figury suszą się przy niewielkim piecyku. Czekają, aż pójdą do nowych właścicieli. Każdy Albert niby identyczny, a jakże inny. Ludzka ręka nie zrobi nigdy dwa razy takiej samej twarzy. To dobrze.

– Świat jest, jaki jest – mówi filozoficznie Fredek. – Jest dużo zła, znieczulicy. Ludzie patrzą obojętnie na krzywdę i ból. Nie ma co ukrywać. Ale z drugiej strony dużo dobra się dzieje. I ludzie chcą być jak Albert: chcą być jak chleb...

I Fredek jeszcze opowiada o górskich rzekach, które są jak ludzkie życie, ludzkie wybory i czasem trudy. Bo rzeki też bywają zanieczyszczone, tam gdzieś – daleko od źródła. Im dalej od źródła, tym brudniejsze. Więc trzeba wrócić. Iść, płynąć pod prąd. Do samego źródła. Wbrew wszystkiemu, czasem z trudnościami, mimo że patrzą na nas dziwnie.

– Warto, bo jak dobrniemy, to pić można najlepszą wodę. Czystą i smaczną. Do chleba, dobrego chleba, nie ma nic w życiu lepszego…•

Tagi: