publikacja 08.08.2019 00:00
Wiersze zmarłego przed piętnastu laty Czesława Miłosza pełne są czystej, szczerej i żarliwej wiary. Nawet jeśli u progu tej twórczości stoi bunt, a wątpliwości i sprzeczności szarpią nią do samego końca.
Ryszard Kornecki /TVP/PAP
Są poeci, którym już same tytuły tomów układają się w wiersz zdradzający ich największe tęsknoty. Tak jest w przypadku twórczości Czesława Miłosza. „Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada”, „Nieobjęta ziemia”, „Dalsze okolice”, „Na brzegu rzeki”, „Druga przestrzeń” – wszystkie te sformułowania mówią o jakimś napięciu między „tu” i „tam”; między ziemią a niebem. Wyrażają pragnienie pełni – niemożliwej do osiągnięcia tutaj, gdzie jednak wszystko, co istnieje, zdaje się ją zapowiadać:
Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu na ziemi, ukrywam przed ludźmi przekonanie, że nie jestem stąd. Jakbym był posłany, żeby wchłonąć jak najwięcej barw, smaków, dźwięków, zapachów, doświadczyć wszystkiego, co jest udziałem człowieka, przemienić co doznane w czarodziejski rejestr i zanieść tam, skąd przyszedłem.
W jednym z utworów z wydanego już po śmierci zbioru „Wierszy ostatnich” poeta nazwie to pragnienie jeszcze prościej: „Jak daleko sięgam pamięcią, zawsze chciałem być w niebie”.
Galaktyczna bańka mydlana
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.