Dźwięki Bogu

Marcin Jakimowicz

GN 47/2020 |

publikacja 19.11.2020 00:00

Ci, którzy na hasło „muzyka kościelna” reagują uśmieszkiem odsyłającym do skojarzeń z przedszkolnymi jasełkami i parafialną scholką, która nie przejęła się dewizą: „Nasz chór nigdy nie zawodzi”, są w błędzie. To często ekstraklasa. A jednak żaden rynek nie dostał tak mocno w kość jak ten.

Koncert zespołu Arka Noego. O takich wydarzeniach obecnie możemy tylko pomarzyć. Roman Koszowski /Foto Gość Koncert zespołu Arka Noego. O takich wydarzeniach obecnie możemy tylko pomarzyć.

Zerkam na wydane przez elitarną wytwórnię Harmonia Mundi wielopłytowe wydawnictwo Missa (starannie opracowany wybór najpiękniejszych i najbardziej znanych Mszy – dwie i pół godziny muzyki: od surowego, anonimowego, trzynastowiecznego hymnu w wykonaniu potężnego, powalającego swoją dynamiką i egzotycznością znakomitego francuskiego Ensemble Organum Marcela Pérèsa, po „Credo” Leonarda Bernsteina), na krążki Estończyka Arvo Pärta („Moja muzyka jest na wskroś religijna. Brzmią w niej dwa głosy: pierwszym są moje grzechy, drugim ich przebaczenie”) czy na najświeższe „uwielbieniowe” produkcje Mai Sowińskiej, TGD czy niemaGOtu i widzę/słyszę jedno: to ekstraklasa, ocierająca się w wielu przypadkach o Ligę Mistrzów.

Ilekroć scena zaczynała przypominać Brygadę Kryzys, a recenzenci zastanawiali się, czy na murach nie wywiesić klepsydry po „Świętej Pamięci Muzyce Chrześcijan”, nagle w sieci ukazywała się piosenka czy płyta, która sprawiała, że „pogłoski o jej śmierci okazywały się przedwczesne”. Pół roku temu pisałem o łączącej różne osobowości Owcy, w której za instrumenty klawiszowe i aranżacje odpowiada znakomity jazzman Jan Smoczyński, a śpiewają (i to jak!): Kasia Olga Bogusz, związana przed laty z Deus Meus wokalistka, która z folkową Dikandą zjechała cały świat, i Agnieszka Musiał, która przez lata występowała z New Life’m. Co chwilę ukazują się nowe krążki, na których Ewangelia opowiedziana jest językiem jazzu, gospel czy hip-hopu. Naprawdę jest w czym wybierać. Do wyboru, do koloru. Pełna gama stylów i odcieni.

Od ćwierć wieku

My tu gadu-gadu, a tempus fugit… Jestem świeżo po nagraniu kolejnej audycji „Z górnej półki”, podczas której spotkaliśmy się w radiowym studiu z Grzegorzem Bociańskim… po raz trzechsetny. Ileż świetnej tworzonej przez chrześcijan muzyki usłyszeli przez lata słuchacze Radia eM! Zerkam na zakurzone kasety, do których nie mam już nawet odtwarzacza. Aż nie chce się wierzyć, że utwory „Hej, Jezu, królem Tyś” czy „Memu Bogu królowi”, które weszły do żelaznego repertuaru wspólnot i scholi parafialnych nad Wisłą, po raz pierwszy sączyły się z głośników grundigów czy naszych rodzimych wilg ćwierć wieku temu! Doskonale pamiętam początki Deus Meus: ludźmierskie warsztaty muzyków – chrześcijan sprzed 26 lat. To wówczas grupa studentów ze Szczecina pod przywództwem dominikanina o. Andrzeja Bujnowskiego stworzyła jeden z pierwszych profesjonalnych zespołów grających muzykę chrześcijańską. Dziś to już klasyka.

O żywotności tej sceny przypominał co roku cieszący się coraz większą popularnością koncert Jednego Serca, Jednego Ducha. Przed rokiem w Boże Ciało w Rzeszowie padł kolejny rekord frekwencji. Aż 50 tysięcy ludzi uwielbiało Boga w parku Sybiraków, a na scenie wystąpiło ponad 200 artystów (wśród nich Beata Bednarz, Lidka Pospieszalska, New Life’m, Tamara Przybysz, Leopold Twardowski, Andrzej Lampert, Krzysztof Antkowiak, Magda Anioł, Adam Szewczyk i jazzman Piotr Baron).

W tym roku scenę tę dotknął ogromny kryzys. I wcale nie z winy muzyków.

Art is work

​Chyba żaden rynek nie dostał tak mocno w kość jak ten. No, może jeszcze przemysł wycieczkowo-wypoczynkowy (na ulicy, którą chodzę do pracy, splajtowały dwa z trzech biur podróży). Rozmawiam ze znajomymi muzykami, których kalendarz, do tej pory szczelnie wypełniony koncertami, nagle niespodziewanie skurczył się do zaledwie kilku występów w roku. I to przy dramatycznie przerzedzonej przez pandemiczne obostrzenia publiczności.

To koszmarny rok dla tych, którzy żyją z muzyki. W ostatnich miesiącach wielu muzyków desperacko zmieniało sobie zdjęcia profilowe w mediach społecznościowych na hasło „Art is work” (Sztuka jest pracą), by zaznaczyć, że nie jest ona jedynie przyjemnym hobby, któremu oddają się z dziką rozkoszą po roboczogodzinach pracy w korpo. Znam doskonale to środowisko od ponad trzydziestu lat i widzę, że dla wielu z nich granie było jedynym źródłem utrzymania.

Tak fatalnego roku jeszcze nie było. Nawet ci, którzy jednego dnia mieli dotąd dwa, a nawet trzy koncerty, w tym roku musieli potulnie zostać w domach. Pół biedy, jeśli grali dotychczas w małych, kameralnych składach (tych udało się jeszcze jakimś cudem upchnąć na scenie z zachowaniem limitów i dwumetrowej odległości), gorzej, gdy należeli do wielkich kościelnych chórów czy zespołów, które zazwyczaj wypełniały, jak słynne rozchwytywane TGD, połowę sceny. Ci mieli najtrudniej, a wielu w tym roku pozostawało bezrobotnych. A ponieważ nie jest żadną tajemnicą, że to właśnie w czasie występów artyści sprzedają ogromną część swych płyt, zasada naczyń połączonych przestała być zagadnieniem stricte teoretycznym.

Zamknięcie auli, sal koncertowych i domów kultury, a w chwilach odwilży radykalne cięcia i limity „ilości widza przypadającego na metr kwadratowy” sprawiły, że imprezy, które jakimś cudem się odbyły, były kompletnie nierentowne i nie zarabiały na siebie.

Śpiewam, więc jestem

– Wspólne śpiewanie jest piękne, bo tworzy relacje – nie ma wątpliwości ks. Bartosz Zygmunt, ceremoniarz muzyczny przy katowickiej katedrze Chrystusa Króla, od lat związany ze środowiskiem muzycznym, śpiewający w kwartecie Canto Ergo Sum. – Wymaga bliskości, a wspólne wyrażanie emocji buduje niezwykle silną wspólnotę. Teraz to, co dotąd było źródłem piękna i budowania relacji, w dobie COVID-u stało się rodzajem przekleństwa. Trudno znaleźć przestrzeń bardziej podatną na zarażenia niż wspólne śpiewanie. Nie da się śpiewać w maseczkach, a przecież nawet one nie chronią w czasie wielogodzinnych prób kilkudziesięciu osób zgromadzonych w zamkniętych pomieszczeniach. Dla śpiewaków i chórzystów ten rok jest niezwykle trudny. Pamiętajmy, że w kościelnych chórach śpiewają zazwyczaj osoby starsze, co również nie ułatwia zadania… Mnóstwo imprez jest odwoływanych. Z mapy wydarzeń kulturalnych znikają koncerty. W ostatnich miesiącach chóry w ogóle przestały się spotykać. Ja śpiewam na co dzień w kwartecie, ale i nasza służba w czasie liturgii w katowickiej katedrze polega na tym, że śpiewamy w ministudiu dźwiękowym przy górnych organach, stojąc w odpowiednim dystansie, ze słuchawkami na uszach, byśmy się wszyscy słyszeli, a nasz śpiew był czysty i godny.

Kup pan płytę!

Każdy radzi sobie, jak umie. Część muzyków ruszyła na kameralne koncerty, inni wymyślali „domówki” (granie dla przyjaciół, którzy zobowiązywali się pokryć zredukowane do minimum koszta muzycznej eskapady). Znany i rozpoznawany na rynku Mate.O, który promuje właśnie album „Pentecoste LIVE”, ruszył do kościołów i wspólnot, by animować w nich dla „zamaskowanych” kameralne muzyczne uwielbienia. „Bardzo dziękuję za Wasz ogromny, pozytywny odzew i zaproszenia do tylu miejsc z kameralnym wieczorem uwielbienia” – pisał do słuchaczy. „Wasza odpowiedź przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. Ponieważ jednak ogromna większość z zaplanowanych na październik, listopad i grudzień koncertów nie mogła się odbyć, musieliśmy przełożyć je na 2021 rok. Choć nasza działalność koncertowa została wstrzymana, nie tracimy nadziei”.

​Jak pomóc? Naród, który niedawno masowo wykupywał pod cmentarzami zmarznięte chryzantemy, może przecież z powodzeniem uczestniczyć w akcji „Kup pan płytę!”. Apelują o to sami artyści. Pamiętajmy o tym, że gdy inne branże koronawirus „jedynie” boleśnie uderzył po kieszeni, wielu muzykom odciął źródło utrzymania.•