Zolyty

Dlaczego opowieści o tradycyjnych śląskich zolytach brzmią dzisiaj jak historie o egipskich faraonach?

Reklama

Sto lat temu mój staroszek, czyli pradziadek Aloiz, po­szedł do roboty na gruba do Makoszów – miał wtedy 16 lat (!). Natomiast ożenił się, ma­jąc 23 lata. Taki był dawniej na Śląsku zwyczaj. Chodziło bo­wiem o to, aby mężczyzna, ma­jący później utrzymywać swo­ją żonę i dzieci – miał do­świadczenie zawodowe i do­brą pracę przynoszącą stabil­ny dochód. Dzisiaj jest dokładnie odwrot­nie.

Młodzi ludzie najchętniej pobieraliby się, mając 16 lat, a zaczynali pracować, mając 23 lata, albo jeszcze później. I jest to dosyć poważny problem spo­łeczny, wychowawczy, religijny, ekonomiczny... No bo z jednej strony wydłużył się czas kształ­cenia i zdobywania szczebli kariery zawodowej – co każe od­kładać decyzje o małżeństwie na lata późniejsze. Z drugiej strony, coraz większa swoboda obyczajowa ułatwia i drastycz­nie przyspiesza wchodzenie w dorosłość. Do tego jeszcze ist­nieje wielki przemysł, zarabia­jący krocie na „młodocianej mi­łości”. Są to choćby walentynkowe pocztówki, młodzieżowa prasa i bez przerwy przypomi­nające o „miłości” filmy, teledy­ski, reklamy... Dzisiaj nawet trudno jest zde­finiować „okres narzeczeństwa”. Spotykając bowiem idą­cą drogą czy jadącą samocho­dem parę, nie jesteśmy pewni – czy to narzeczeni, koledzy, przyjaciele, małżonkowie... Takich problemów na dawnym Śląsku zasadniczo nie było, gdyż małżeństwo poprzedzał dosyć długi i unormowany obyczajowo okres narzeczeństwa, czyli zolyty. Były one w śląskiej tradycji prawdziwym świętem zakochanych.

Na zaloty kawalyr do libsty, czyli narzeczonej, cho­dził w środy oraz w sobo­ty. Okres ten trwał od kilku miesięcy do nawet kilku lat. Nie do pomyślenia były nagłe wesela, choć panny z dzieckiem, czy­li zowitki też się cza­sem zdarzały.

Kiedy już rodzi­na libsty dobrze poznała kawalyra, dochodziło do zrynkowin, czyli zaręczyn. Były one tylko punktem przełomowym w czasie zolytów. Po nich już wypadało, by przyszła młoda para prowadziła wspólne ży­cie towarzyskie, czyli chodzi­li razem do kościoła, na odpu­sty czy na muzyka. Do kalen­darza zolytów dochodził też dodatkowy dzień. Po środzie i sobocie kawalyr był zaprasza­ny w niedziele na obiady lub na popołednie. W dobrym to­nie było przynieść libście jakiś kwiotek, zaś przyszłemu teś­ciowi kwatyrka gorzołki (0,25 litra). Kiedy w domu były jakieś dzieci, to czekały już w laubie na tytka bombonów.

Podczas zolytów sie­działo się w izbie wraz z wszystkimi domownikami. Dawniej bowiem dzieci, małe czy starsze, nie miały osobnych pokoi. Zolyty w tych okolicznościach były więc dosyć kłopotliwe. Ale za to latem narzeczeni robili małe spacerki w pole, do lasu, nad stawy... Wtedy dopiero mogli się poczuć swobodniej! Tam przeważnie pozwalali sobie na pierwsze skromne pocałunki i... nic więcej.

Takie opowieści o trady­cyjnych śląskich zolytach brzmią dzisiaj jak opowieści o egipskich faraonach. Jedni w tym widzą dawne wspaniałości, a inni egipskie ciem­ności.

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama