Chłopcy z ferajny

Kiedy kilka lat temu główkowaliśmy z Mateuszem Hofmanem nad rozpoczęciem na Wiara.pl cyklu prezentującego filmy wszech czasów, wiedzieliśmy, że na liście obowiązkowo muszą znaleźć się "Chłopcy z ferajny".

Reklama

Gdy doszliśmy już do porozumienia, iż zestawienie najważniejszych dzieł w historii kinematografii będzie ułożone alfabetycznie, żartowaliśmy, że powinno ono zaczynać się od filmu „AAAAAAAAAA Chłopcy z ferajny”.

Żarty żartami, ale obraz Martina Scorsese z roku na rok ląduje coraz wyżej w rozmaitych plebiscytach i rankingach kinowych arcydzieł. Bywają i takie, w których zajmuje już miejsce pierwsze.

Wielu zachwyca forma tego dzieła. Niespodziewane stop klatki, dochodzący zza kadru głos kolejnych bohaterów, dzielących się z widzami swoimi motywacjami, wspomnieniami… Niby wszystko to już w kinie było, zwłaszcza u nowofalowych reżyserów takich, jak Truffaut, czy Godard, ale to Scorsese doprowadził te chwyty do perfekcji. Zastosował w klasycznym, hollywoodzkim gatunku dla masowego widza.   

Jeśli jesteśmy już przy perfekcji, to Scorsese znakomicie opanował także dobieranie utworów, które pojawiają się na ścieżkach dźwiękowych jego filmów. Starannie wyselekcjonowane przeboje budują nastrój, klimat ukazywanej na ekranie epoki. To samo można napisać właściwie o każdym współczesnym filmie, ale tak się jakoś dziwnie składa, że to właśnie u Scorsesego znane nam przecież od lat kompozycje brzmią najpiękniej.

Nakręceni w 1990 roku „Chłopcy z ferajny” to historia Henry’ego Hilla, który od najmłodszych lat chciał być gangsterem. Imponowała mu ich władza, styl życia, bogactwo. Ale przecież mafijny świat to także miejsce pełne przemocy, którą Scorsese próbuje odrealniać motywami muzycznymi, kompletnie nieprzystającymi do brutalnych scen, prezentowanych na ekranie. Niezwykły to zabieg, wprowadzający widzów w zdumienie.

Krwawa jatka przed nami i piękna melodia w tle. Zestawienie absurdalne, ale może właśnie przez to filmy Martina Scorsese nie pozwalają o sobie zapomnieć? Powodują, że wciąż i wciąż chcemy do nich wracać, oglądać na nowo.

Swoje robi także szaleńcze tempo, intensywna, skrótowa narracja, miszmasz maksymalnie skondensowanych epizodów, błyskawicznie przechodzących z jednego w drugi.

Jest w „Chłopcach z ferajny” scena, w której wraz z bohaterami oglądamy występ komika w nocnym klubie. Po chwili wciąż słyszymy opowiadane przez niego dowcipy, ale na ekranie widzimy już sekwencję rabunku, napadu rozgrywającego się na lotnisku. Tutaj nie ma chwili na oddech, a kiedy już dochodzimy do fenomenalnych scen oddających narkotyczną paranoję Henry’ego Hilla, nie możemy mieć wątpliwości, co do reżyserskiego geniuszu Martina Scorsese.

Twórca „Taksówkarza” i „Wściekłego byka” opowiadając tę historię upadku gangstera, opowiada jednocześnie o amerykańskim społeczeństwie. Włosi, Żydzi, Irlandczycy – wszyscy oni tworzą jedne struktury mafijne, ale przecież o równości, partnerstwie nie ma tutaj mowy. Rządzą stereotypy, podziały, uprzedzenia, których wyeliminować się nie daje. Teoria etnicznego tygla jest tylko teorią...

Na koniec słowo o aktorach. Robert De Niro, Ray Liotta, czy nagrodzony za występ w tym filmie Oscarem Joe Pesci stanowią klasę dla siebie. A i na drugim planie nie brakuje oryginałów, którzy w kolejnych dekadach wystąpili w niezliczonej ilości produkcji o włoskich mafiosach, z serialową „Rodziną Soprano” na czele. Pesci i De Niro powrócili zaś kilka lat później w podobnych rolach w „Kasynie” Martina Scorsese. Obrazie, który pewnie za jakiś czas, także znajdzie się na naszej liście Filmów wszech czasów

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama