Do utraty tchu

Jean-Paul Belmondo stał się po tym filmie gwiazdą pierwszej wielkości, a kinomani na całym świecie usłyszeli o francuskiej Nowej Fali.

Reklama

Nowa Fala była paradoksem. Z jednej strony to bunt twórców-krytyków przeciw konwencjom i sztuczności ukazywanego dotąd na ekranie świata, a z drugiej – fascynacja kinem gatunków i jego gwiazdami (Belmondo podziwia w „Do utraty tchu” Humphreya Bogarta spoglądającego nań z plakatu).

Reżyser dzieła, Jean-Luc Godard, nigdy nie ukrywał, że inspiracją przy tworzeniu powstałego w 1959 roku „Do utraty tchu” był dla niego amerykański film noir i twórczość Otto Premingera. Ale jak zauważa Tadeusz Lubelski w książce „Nowa Fala. O pewnej przygodzie kina francuskiego” – Godard zamiast przestrzegać reguł gatunku, raczej krąży wokół nich, niczym improwizujący muzyk jazzowy. Powodem takich improwizacji był także fakt, że Godard nie dysponował przy kręceniu tego filmu scenariuszem. Miał tylko parę pomysłów, zarys historii, którą chciał opowiedzieć, a ta jest stosunkowo prosta.

Główny bohater to młody-gniewny gangster i anarchista, który po zabiciu policjanta pojawia się w Paryżu, gdzie wdaje się w romans z piękną Amerykanką i dokonuje kolejnych przestępstw, po czym – wydany przez dziewczynę - ginie.

Dialogi są błahe, dotyczą nudnych, zwyczajnych spraw. Jest to jednak zabieg świadomy. Dzięki temu teksty wygłaszane przez bohaterów są bliższe zwyczajnego życia, niż dopracowane przez klasycznych scenarzystów sztuczne kwestie, którymi od dekad gwiazdy kina raczyły widzów z ekranu. 

Mamy tu więc twórcze wyzwolenie, wolność, co jest swoistym znakiem tamtych czasów (kontrkultura lat ’60, rewolucja obyczajowa), ale i manifestem artystycznym Godarda. Wszak wbrew tradycji, film kręcono na paryskich ulicach, kamerą z ręki i przy naturalnym świetle, dzięki czemu formalnie bardziej przypominał dokument niż fabułę. Przez to był także tani, a to znowu otwierało drogę do filmowej kariery rzeszy młodych twórców, którzy kręcili kolejne nowofalowe dzieła.

Chaotyczne? Poszatkowane? Złożone z przypadkowych scen i prześwietlonych kadrów? Z pewnością. Ale i to miało być celowe i oddawać rytm i chaos codzienności. Tempo życia doprowadzające do utraty tchu. Tak przynajmniej interpretuje się to, co (mniej lub lepiej) widać na ekranie, gdy wyświetlane jest na nim jakieś nowofalowe dzieło.

Świetnie pisał o tym Jerzy Płażewski w „Historii filmu francuskiego” dlatego – na koniec już – proponuję obszerny cytat jego autorstwa:

„Owe słabości techniczne utalentowani twórcy przetwarzali niekiedy w siłę: w świadome swego i celne środki ekspresji. Na przykład drganie obrazu przy filmowaniu z ręki mogło kojarzyć się z pośpiesznym krokiem lub biegiem uciekającego oraz jego stanem psychicznym, zaś niedostatki oświetlenia potęgowały nastrój tajemniczości i grozy. Bywało jednak i tak, że do oczywistych błędów i niechlujstwa dorabiano teorie, wedle których chodziło tu o przejawy nowatorstwa i ewolucję języka filmowego. Skłoniło to zdenerwowanego szalbierstwami pseudonowatorów Claude’a Autant-Larę, zawsze dbałego o nienaganność formy, do kąśliwej krytyki reżyserów ‘nowej fali’: ‘Na płaszczyźnie materialnej zdegradowali jakość techniki’”.

***

Tekst z cyklu Filmy wszech czasów

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Autopromocja

Reklama

Reklama

Reklama