Mały wielki człowiek

Nakręcony w 1970 roku "Mały wielki człowiek" jest filmem, po którym widzowie nie mieli już wątpliwości, że Dustin Hoffman wielkim aktorem jest.

Reklama

Arthur Penn – reżyser filmu – potrzebował kogoś, kto będzie potrafił zakładać kolejne westernowe kostiumy i maski, fizycznie zmieniać się nie do poznania, a jednocześnie wciąż pozostanie tym samym naiwnym i zagubionym Jack’em Crabb’em, który niewiele pojmuje ze świata i życia. Życia, które na ekranie jawi się jako tragikomedia, czarna groteska, ale przecież nie inaczej było w powieści Thomasa Bergera, którą Penn przeniósł na wielki ekran.

Pokazana w filmie historia to opowieść 121-letniego Crabba, wspominającego swe przedziwne przygody na Dzikim Zachodzie. Bohater – porwany w młodości przez Indian – po latach wraca do społeczności białych, do których jednak już nie pasuje. Po czasie znowu więc trafia do wioski czerwonoskórych, ale i tam nie jest już – a i nigdy wcześniej nie był – 100-procentowym czerwonoskórym. I tak bez końca: w zawieszeniu, w jakimś dziwnym „pomiędzy” dwoma kulturami.

Początkowo można odnieść wrażenie, że twórcy filmu po prostu świetnie się bawią, ujawniając widzom kolejne absurdalne zwyczaje i zachowania: raz Indian, raz Anglosasów. Z czasem jednak brutalność białych narasta, a rdzenni mieszkańcy Ameryki Północnej stają się ofiarami ich agresji, zachłanności i głupoty.

Arthur Penn ostro krytykuje wcześniejsze pokolenia osadników. „Cywilizacji amerykańskiej zarzuca przede wszystkim skłonność do przemocy, a także wewnętrzną pustkę. Puste i zakłamane jest w niej – jego zdaniem – wszystko: życie rodzinne, miłość, patriotyzm, religia, bohaterstwo. Pastor, który adoptował małego Jacka, to sadysta i obżartuch, jego żona zaś  zachowuje się jak nienasycona seksualnie nimfomanka; generał Custer jest zarozumiałym głupcem i szaleńcem; człowiek z którym Crabb próbuje robić interesy, okazuje się oszustem, a słynny Dziki Bill Hickok mordercą i paranoikiem” – pisali Jacek Ostaszewski i Łukasz A. Plesnar w leksykonie „100 westernów”.

Jedną z ważnych postaci w filmie jest indiański starzec-mistyk, w którego wcielił się Chief Dan George. Zauważa on, że dla Indian woda, kamienie, ziemia – wszystko to żyje. Tymczasem dla białych to martwa materia. Być może stąd ich pęd do destrukcji, mordowania, śmierci…

Traper, Indianin, żołnierz, pijak, sklepikarz, rewolwerowiec… - grany przez Hoffmana bohater zmienia profesje, zaś niezliczone miejsca i sytuacje na Dzikim Zachodzie, w których się znajduje, sprawiają, że mamy do czynienia ze swoistą antologią westernowych motywów, a może nawet summą wątków i postaci, które przez dekady pojawiały się w większości filmów należących do tego najbardziej amerykańskiego z gatunków.

***

Tekst z cyklu Filmy wszech czasów

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Autopromocja

Reklama

Reklama

Reklama