Współcierpiący

Czy Bóg może cierpieć? Co na ten temat wiemy? Jak mamy myśleć, jak wierzyć?

Dostałem rolę.
Główną w spektaklu Życia.
Udałem się do REŻYSERA
Poprosić o scenariusz.
NIE DAM CI – rzekł
– NIE DAM. BĘDZIESZ IMPROWIZOWAĆ,
A JA BĘDĘ TWOIM SUFLEREM.
PODPOWIEM, JEŚLI SIĘ ZAGUBISZ.
MUSISZ MI JEDNAK ZAUFAĆ.
GŁÓWNE WĄTKI ZAPLANOWAŁEM
I TY NIE BĘDZIESZ MIEĆ NA NIE WPŁYWU.
BĄDŹ GOTÓW NA TRUDNE PRZEDSTAWIENIE
WYMAGAJĄCE DUŻEGO WYSIŁKU, POTU I ŁEZ,
ALE RÓWNIEŻ DAJĄCE RADOŚĆ I UŚMIECH.
A próby?
NIE BĘDZIE PRÓB.
Nawet generalnej?
NIE. RÓB WSZYSTKO TAK,
BY POTEM NICZEGO NIE ŻAŁOWAĆ.
Czy sztuka będzie długa?
PODZIELĘ TEN SPEKTAKL NA KILKA AKTÓW.
POWIEDZMY… CZTERY.
PIERWSZY – NAJPROSTSZY.
Co to znaczy?
NIE BĘDZIESZ PODEJMOWAĆ ŻADNYCH DECYZJI.
DRUGI – ZNACZNIE TRUDNIEJSZY.
ŚWIATŁA REFLEKTORÓW MOGĄ CIĘ OŚLEPIAĆ.
Poradzę sobie?
Z MOJĄ POMOCĄ DASZ RADĘ
I DZIĘKI TEMU AKT TRZECI
OKAŻE SIĘ TROCHĘ ŁATWIEJSZY DO ZAGRANIA,
LECZ BĘDZIE NAJWAŻNIEJSZY, WIĘC UWAŻAJ.
Postaram się.
ZA TO W AKCIE CZWARTYM ODPOCZNIESZ, WSPOMINAJĄC ODEGRANE SCENY.
I na tym koniec?
NIE. TO DOPIERO POCZĄTEK…

Wiersz nosi tytuł „Scenariusz”, autorką jest Maria Zielińska (Marcinie W.: dzięki za ten tekst!). Maria jest 16-letnią warszawską gimnazjalistką.

Przyznajmy, wiersz jest kapitalny w swoim zamyśle i konstrukcji i nie wiadomo co bardziej podziwiać: czy dopieszczoną świetnie w kilku miejscach metaforykę życia jako dramatu na scenie świata (kłania się najwybitniejszy może teolog XX wieku, Hans Urs von Balthasar, który temu dokładnie zagadnieniu, „teodramatowi życia”, poświęcił kilka uczonych tomów) – „BĘDĘ TWOIM SUFLEREM”, „nawet generalnej?”, „ODPOCZNIESZ, WSPOMINAJĄC ODEGRANE SCENY”? Czy humor, który pojawia się co rusz na obrzeżach dramatu? Czy wyobraźnię, która – ma tyle lat ile Autorka, ma prawo tyle mieć i ma prawo paru rzeczy o życiu jeszcze nie wiedzieć – próbuje pojąć tajemnicę życia z perspektywy 16 lat, a zarazem jego (życia) przyszłość w wiecznej, Boskiej perspektywie? To ostatnie zwłaszcza raduje mnie niepomiernie: jeśli bowiem w nastoletniej polszczyźnie jest obecny ten rodzaj widzenia, myślenia, tworzenia, to nadzieja nas przeżyje. Bogu niech będą dzięki.

• • •

Ale dzisiaj, w Pierwszą Niedzielę Męki Pańskiej, zwaną dawniej Niedzielą Pasyjną (Dominica de Passione – do pasji jeszcze wrócimy), niedzielę, w której zakrywamy fioletowymi kirami krzyże w naszych kościołach, chciałbym na kanwie „Scenariusza” zadać jedno z najważniejszych pytań żyjących i wierzących wszystkich czasów. Brzmi ono: czy REŻYSER bierze udział w grze wraz z nami (w tym „trudnym przedstawieniu”, pełnym „potu i łez”), czy też jest „jedynie” planistą i suflerem? To znaczy: czy współcierpi z nami w dramacie życia? Czy Bóg cierpi? Co na ten temat wiemy? Jak mamy myśleć, jak wierzyć? Na ile i jak dramat stworzenia dotyczy („dotyka”) Boga? Bóg może cierpieć (jest cierpiętliwy, zdolny do cierpienia, cierpi) – bo jest Bogiem, a Bóg może wszystko i jest współodczuwającą i współczującą miłością? Cóż by to była za miłość, której nie boli ból kochanego… Bóg nie może cierpieć (jest niecierpiętliwy, niezdolny do cierpienia, nie cierpi) – bo jest Bogiem, a Bóg jest samym dobrem i szczęściem i jako taki będzie też naszym wolnym od bólu niebem? Cóż by to był za Bóg, zbolały jak przemijające, śmiertelne stworzenie… Która odpowiedź jest prawdziwa? W języku łacińskiej teologii: Deus passibilis vel impassibilis est? Nie jest to tylko wydumana, papierowa teoria. Od tego kim i jaki Bóg jest, od prawdy o Bogu, a dalej i od Jego obrazu (prawdziwego bądź nie), który nosimy w sercu i umyśle, zależy wszystko, dosłownie wszystko… Dla ludzkości doświadczanej w ciągu ostatnich stu lat dwoma światowymi wojnami, śmiercionośnym rozwojem i paroksyzmami dwóch totalitaryzmów, Holocaustem, konwulsjami starego kolonializmu i narodzinami nowego, terroryzmem i aborcjonizmem – trudno o pytanie istotniejsze i pilniejsze, jeśli szuka ona sensu dla swej męki i swoich cierpiących. A jest to poszukiwanie najgłębiej wpisane w szukanie samego Boga i prawdy o Nim. A tym samym w najgłębszy sens ludzkiego życia. Bo przecież poza wielką historią istnieją nasze prywatne biografie i mapy cierpienia. Gdzie w tym Bóg i Jego serce?

• • •

Początki były niełatwe. Synteza greckiej spuścizny filozoficznej i kulturowej z wiarą biblijną i jej językiem była w początkach chrześcijaństwa trudna do osiągnięcia w kwestii naszego pytania. Te dwa nurty myślenia i mówienia o Bogu, helleński i semicki – grecki i żydowski – wydawały się głęboko sprzeczne. Z jednej strony grecka idea apátheia Boga jako metafizyczny aksjomat (Bóg jest samowystarczalny, niecierpiętliwy, ani nie kocha, ani nie nienawidzi) i związany z tym etyczny ideał stoicki, ideał mędrca wolnego od namiętności, którego rozum i wola panują nad emocjami i irracjonalnością uczuć. Z drugiej strony Bóg Biblii, którego pathos jest formą Jego więzi z historią i światem, sposobem Jego w nich uczestnictwa i wyrazem troski Stwórcy i Zbawiciela. Bóg Biblii gniewa się, współczuje, kocha, a we Wcielonym boi się i oburza, cieszy i ufa, wątpi i płacze. Ale też wielu najznakomitszych nauczycieli chrześcijaństwa przeczuwało (a i „wiedziało” wiedzą płynącą z doświadczenia żywej wiary), że musi istnieć zdrowa synteza, bezpieczna dla umysłu, serca i życia, droga pomiędzy skrajnościami – bo Golgota pokazała, że istnieje rzeczywisty głęboki związek Boga miłości i cierpienia, związek, który w żaden sposób nie przekreśla transcendencji Nieogarnionego i Niepojętego. Rozwiązania szukać trzeba więc w Wydarzeniu Jezusa Chrystusa, które najpełniej objawia tajemnicę Boga i w którym spotykają się – wzajemnie się objaśniając i interpretując – Jedyność Boga i Jego wewnętrzna Troistość, największa miłość i największy ból. Już św. Justyn powtarzał w II wieku: „stał się uczestnikiem naszych cierpień”.

• • •

Ale w jaki sposób Bóg uczestniczy w naszych cierpieniach? Jak dałoby się to wyrazić? Ze starożytnych wielki Orygenes z Aleksandrii (III wiek) bodaj najcelniej ujął zagadnienie Bożego cierpienia. Sprzeciwiał się redukowaniu tego tematu do cierpienia ludzkiej natury Chrystusa (co byłoby nadmiernym ustępstwem w „grecką” stronę), twierdząc, że dotyczy on w swej istocie chrześcijańskiego obrazu Boga. Bowiem – uczył Aleksandryjczyk – zgoda Ojca na cierpienie Syna jest zarazem męką samego Ojca, a tym samym cierpieniem Ducha, o którym św. Paweł powiada, „że wzdycha w nas i znosi w nas i dla nas mękę tęsknoty za pełnym odkupieniem” (Rz 8,22 nn). Orygenes: „Sam Ojciec nie jest pozbawiony współczucia [jako współodczuwania – JSz]. Kiedy zostaje przebłagany, lituje się, współuczestniczy w cierpieniu, okazuje wiele cierpliwości, bo kocha, a przez miłość wchodzi w położenie tych, którzy nie postrzegają Go w Jego majestacie”. „Współuczestniczy w cierpieniu… bo kocha”. Oto jądro sprawy i zarazem istota chrześcijańskiej nauki o Bogu – Bóg jest Cierpiącym, ponieważ jest Miłującym. Lekcja Orygenesa brzmi zatem tak: jeśli słyszysz o cierpieniu Boga, będziesz je rozumiał właściwie, kiedy je odniesiesz do Jego miłości. Tak rzecz komentuje Benedykt XVI: „tematyka cierpiącego Boga wynika z tematyki Boga miłującego i ciągle do niej odsyła. Właściwe przekroczenie przez chrześcijaństwo antycznego pojęcia Boga leży w przekonaniu, że Bóg jest miłością”. I przypomina „cudowne słowa” (jak sam pisze) już z innej epoki, ze średniowiecza, słowa Bernarda z Clairvaux: „Niecierpiętliwy jest Bóg, lecz nie niewspółcierpiący (= nie niewspółczujący). Bóg nie może cierpieć, ale może współcierpieć (współczuć)” (w oryginale: Impassibilis est Deus, sed non incompassibilis. Deus non potest pati, sed compati). Z pomocą wierze i rozumowi (czyli teologii) przyszedł tu geniusz łaciny, a dokładniej pojemność i głębia semantyczna łacińskiego słowa passio. Spotykają się bowiem w tym terminie dwa znaczenia: czucie (odczuwanie) i cierpienie (męka). Konsekwentnie słowo compassio określa „współczucie”, zawierające również treść „współcierpienia”. Tak właśnie otwarta na syntezę łacińska terminologia pozwoliła Bernardowi, sukcesorowi Ojców, wyrazić w zwięzłej formule – impassibilis, sed non incompassibilis, „niecierpiętliwy, lecz współcierpiący” – odkrytą w objawieniu biblijnym prawdę o Bogu: obecność w Nim żarliwej pasji, należącej wręcz do Jego istoty, ale nie niweczącej w żaden sposób Jego transcendencji. Istotą Boga jest miłość, która rodzi współczucie, a to z kolei przybiera postać współcierpienia. Prawdziwe współczucie jest w Bogu czynem, utożsamieniem z losem kochanego – współcierpieniem. To miłość podpowiada współczuciu, że cierpienie może uśmierzyć jedynie współcierpienie. Miłość pozwala i każe kochającemu współodczuwać cierpienie z kochanym, współcierpieć z nim – z miłości. Oto tajemnica Boga, a tym samym i tajemnica każdej miłości. • • • Najważniejsze: to krzyż Chrystusa jest współcierpieniem Boga ze światem, z nami, ze mną. To w krzyżu Chrystusa Reżyser umiera na scenie świata – z nami, dla nas, za nas. Bóg nie porzuci, nie opuści, nie zniszczy, nie zatraci (Oz 11,8–9), a Jego serce jest pełne miłości, czyli też zgody na cierpienie bez której nie byłoby męki Syna. Bóg jest wrażliwą, serdeczną miłością; Bóg odczuwa, a kochając – współodczuwa i współcierpi. I takim objawia się w krzyżu Syna.

• • •

Jeszcze jedno chciałbym Marii, autorce „Scenariusza”, powiedzieć na koniec: nie jest możliwe przeżyć swoje życie tak, „by potem niczego nie żałować”. Chrześcijaństwo jest najcudowniejsze w tym, że schodzi niejako poniżej nas samych, w miejsca, gdzie jesteśmy najsłabsi, gdzie jakoby przegraliśmy życie. Bóg nie tylko współcierpi z nami w swoim umęczonym i zabitym Synu, ale umywając nam nogi, czyli przebaczając nam, stwarza nas na nowo. Próbowałem to kiedyś wyrazić w wierszu „Ostatnia Wieczerza”: „Żyć tak, żeby niczego nie musieć żałować niczego się wstydzić, niczego się nie bać” Ale to niemożliwy projekt, to ułuda i zgroza. Więc: żyć tak, żeby pozwolić umyć sobie nogi brudne od żalu od wstydu od strachu

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja