Dante i inksi

Klasyka poezji w śląskim tłumaczeniu.

Reklama

Jak pisała polska Noblistka, nie każdy lubi poezję. Nie każdy chce odpowiedzieć na zaproszenie do pełnego wrażliwości, choć niełatwego świata. Nie sądzę, żebyśmy musieli z tego powodu ubolewać. O wiele ważniejsze wydaje mi się to, że niezależnie od szerokości geograficznej od wieków istnieją ludzie, którzy mają potrzebę jej tworzenia. Poezja jest niezwykłym, a przy tym uniwersalnym nośnikiem, bo w oszczędnych słowach przekazuje całe bogactwo przeżyć i doświadczeń. Dlatego właśnie wymaga od czytelnika wysiłku rozumienia, wyjścia jej naprzeciw. Ale nie powinniśmy zapominać, że wysiłek – i to nieporównywalnie większy – jest również udziałem autora.

Poezja, mimo że tak syntetyczna, zawiera w sobie zawsze także cząstkę lokalnej metafizyki. Nawet traktując o sprawach uniwersalnych, nieodmiennie opowiada o nich z najbardziej subiektywnej, intymnej, bliskiej perspektywy. To sprawia, że jej tłumaczenie bywa bardzo trudne, tłumacz musi bowiem przekazać nie tylko widoczną treść, ale i rytm, i ducha, i całą przeszłość kulturową, z której wiersz się wyłania. Ale ten trud przynosi niezwykłe owoce.

I tu na scenie pojawia się postać Mirosława Syniawy. By tłumaczyć poezję, trzeba rozumieć jej ducha i jej meta-sens, a Syniawa jest takiej postawy najlepszym przykładem. Syniawa, który nie jest filologiem ani literaturoznawcą, ani nawet pisarzem. Syniawa, którego dzieło zdaje się jeszcze bardziej znaczące, bo to trud tłumaczenia poezji na język, którego literatura dopiero się tworzy. Na śląski.

„Dante i inksi” to antologia poezji z różnych czasów i różnych miejsc, antologia klasyczna – bo jest w niej miejsce na Kawafisa, Blake’a, Mandelsztama. Na homeryckie pieśni i chińską poezję z czasów Cesarstwa. Znamienne, że w antologii znajdują się również fragmenty „Boskiej komedii”.

Pisząc swoją La Divina Comedia, Dante użył dialektu toskańskiego, odrzucając łacinę. Wielu oburzył takim wyborem. Dialekty uznawano za niskie, niegodne Literatury. Dante poszedł pod prąd, wierzył, że łacina właściwa jest naukowym rozprawom, ale niekoniecznie literaturze, która ma dotykać spraw codziennych i trafiać do jak największego grona czytelników. Chociaż wówczas uznano go za wywrotowca, dziś mówi się o nim jako o Ojcu włoskiej literatury. I ten przykład weźmy sobie do serca.

Bo antologia, którą trzymam w dłoniach, już nie sili się na udowadnianie, że śląszczyzna jest pełnoprawnym językiem, że można się za jej pomocą komunikować nie tylko w codzienności, ale zwłaszcza w nie-codzienności. Syniawa swoimi tłumaczeniami dosłownie tworzy śląszczyznę literacką, wysoką, wysublimowaną – jakiej dotąd nie było. To język, które frazy brzmią dźwięcznie, brzmią przejmująco.

Po lekturze jednego jestem pewna: to książka, do której będziemy powracać wielokrotnie, choć pojawiła się niepostrzeżenie i wciąż odbija się niewielkim echem. Może z perspektywy czasu łatwiej będzie dostrzec, ile zmieniła. Bo co do tego, że zmieniła – nie mam wątpliwości.

***

Tekst z cyklu Mała Biblioteczka Śląska

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama