Józiu, daj mi trochę spokoju

– Sądzę, że bratu zależy na tym, abyśmy w jego ojczyźnie podążali drogą nadziei, miłości i wiary. O tych trzech aspektach przecież tak dużo pisał – mówi Kazimierz Tischner w rozmowie z Janem Głąbińskim.

Reklama

Jan Głąbiński: Kazimierz, najmłodszy z rodzeństwa, spełnia prośbę brata, aby jego przesłanie dalej przekazywać. Coraz to nowe pomysły, zaangażowanie znakomitych artystów, jak np. Anny Dymnej czy Jerzego Stuhra, którzy wspierają te inicjatywy. Kalendarz imprez tischnerowskich wypełniony po brzegi na wszystkie miesiące. Skąd Pan ma na to tyle siły?

Kazimierz Tischner: Sam się temu wszystkiemu dziwię. Zachodzę często do Józia na cmentarz w Łopusznej i prowadzę z nim dyskusję, a nawet proszę, żeby mi dał trochę świętego spokoju. I, co ciekawe, kiedy wracam do domu, to ktoś dzwoni z propozycją kolejnej debaty, pomysłem na książkę, koncertem. I tak jest ciągle. Sądzę, że bratu zależy na tym, abyśmy w jego ojczyźnie podążali drogą nadziei, miłości i wiary. O tych trzech aspektach przecież tak dużo pisał.

To jest też kwestia autorytetów, których nam przecież brakuje.

Nieustannie spotykam się i dyskutuję z wieloma ludźmi o przesłaniu, jakie zostawił mój brat, np. ostatnio uczestniczyłem w debacie w warszawskim Muzeum Żydów Polskich. Wszyscy zgodnie przyznają, że drzewo o nazwie „Tischner” wciąż owocuje, wciąż wydaje nowe plony. A my jesteśmy w drodze i te owoce zbieramy. Oczywiście czasami pojawiają się rozmaite przeszkody. Jednakże moje serce bardzo się raduje, kiedy dochodzą do mnie głosy podziękowania i radości, że to nasze wspólne maszerowanie po tym tischnerowskim ogrodzie komuś pomogło. Dla mnie ważne jest to, aby ciągle eliminować ze swojego życia oglądanie się na drugich. Musimy zaczynać od siebie, od rachunku sumienia i zapytania: co ja wczoraj zrobiłem dobrego dla drugiego, a nie dla siebie? Cieszę się, że niedawny projekt „Czytam Tischnera” zakończył się tak wielkim powodzeniem. W tym miejscu chciałbym podziękować za wzorową współpracę nad poszczególnymi inicjatywami związanymi z moim bratem trzem najważniejszym osobom, czyli Stasi Trebuni-Staszel, Joli Kogut oraz Wojtkowi Bonowiczowi. Mam nadzieję, że oni ani Kazia, ani Józia o święty spokój prosić nie będą.

Co nowego słychać w rodzinie szkół tischnerowskich?

Placówek, którym patronuje ks. prof. Józef Tischner, jest już prawie 40. Bardzo się cieszę, że co roku udaje się zaangażować uczniów i nauczycieli w różne przedsięwzięcia, na przykład rajdy czy tak ważne konferencje dla pedagogów, rekolekcje, ale także konkursy. Wspomnę chociażby o jednym z nich, który nosi tytuł „Jak wyśpiewać mądrość”. Dzieci i młodzież śpiewają, malują, piszą, grają przedstawienia. Są oceniane przez profesorów krakowskich uczelni. Jest to dla nich bardzo ważne, że mają szansę spotkać się z wybitnymi specjalistami, którzy nie tylko oceniają, ale również wiele rzeczy podpowiadają. A w ten sposób postać ks. profesora jest stale obecna w życiu uczniów szkół, którym patronuje. Na mapie naszych placówek szczególne miejsce zajmuje na pewno krakowskie hospicjum dla dzieci. Nie chcę się zgodzić na pomnik brata, bo wolę te prawie 40 żywych, które już są.

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama