Życie jak symfonia

Wojciech Kilar przyznawał, że nasza dziennikarka „znajduje do niego klucze”. Nowa książka Barbary Gruszki-Zych jest tego najlepszym dowodem.

Reklama

To nie jest zwykła biografia. To portret, misternie utkany ze wspomnień, świadectw, zabawnych anegdot i poważnych rozmów. Stopniowo wyłania się z nich obraz człowieka – pięknego, choć pełnego sprzeczności. Znakomicie poprowadzona narracja sprawia, że czytelnik współuczestniczy w odkrywaniu kolejnych „warstw” Wojciecha Kilara. Z zanotowanych gestów, przytoczonych faktów biograficznych, fragmentów wypowiedzi, a nawet z opisu przedmiotów, którymi otaczał się kompozytor, rekonstruujemy z autorką jego świat duchowy. Barbarze Gruszce-Zych, jak nikomu innemu dotąd, udało się wniknąć w ten świat, ukazać jego głębię.

Ocalić Kilara

Książka nosi tytuł „Takie piękne życie”. Wydawca określił tę lekturę jako „najbardziej osobistą książkę o Wojciechu Kilarze” i trzeba przyznać, że nie jest to wyłącznie slogan reklamowy. Znajomość naszej redakcyjnej koleżanki z wybitnym kompozytorem wychodziła bowiem daleko poza dziennikarskie ramy. Sam Kilar przyznał nawet w jednej z rozmów, że Basia „znajduje do niego klucze”. Otwierał się przed nią także w prywatnych rozmowach, co w jego życiu nie należało do sytuacji częstych. „To był człowiek, do którego trudno się było dostać. (…) On swoich znajomych, już nie powiem – przyjaciół, bardzo powoli akceptował” – opowiada na kartach książki Wojciech Krajewski, kierowca kompozytora, a z czasem także przyjaciel rodziny, który jednak, do końca pozostał z Kilarem „per pan”. Nic więc dziwnego, że próba ocalenia tej postaci w słowie stała się dla Barbary Gruszki-Zych czymś w rodzaju misji. Jak autorka sama przyznaje we wstępie, pisała tę książkę w pewnym sensie pod presją, bo głosów artykułujących moralny obowiązek stworzenia takiego dzieła pojawiało się wiele. Trzeba przyznać, że z tego „zamówienia społecznego” reporterka wywiązała się nad wyraz dobrze. Otrzymaliśmy bowiem nie tylko ciekawą opowieść o artyście, ale także dzieło świetnie skomponowane. Nie rządzi nim chronologia, choć ostatni rozdział traktuje o umieraniu. Książka przypomina raczej symfonię albo koncert fortepianowy, w którym pewne tematy krzyżują się, powracają w różnych konfiguracjach, by wreszcie wybrzmieć mocno w finale.

On istnieje!

Wielką wartość publikacji stanowią fragmenty poświęcone wierze Wojciecha Kilara. Przełom w jego życiu religijnym nastąpił po burzliwej młodości, której wspomnienie zamykał w trzech słowach: „wino, kobiety i śpiew”. Niechętnie mówił o tamtym okresie, toteż owe lata „górne i durne” poznajemy z barwnych relacji innych osób, np. prof. Andrzeja Jasińskiego. Dzielił się za to swoim późniejszym doświadczeniem, które – jak zawsze podkreślał – zawdzięczał żonie Barbarze. To ona swoim przykładem nawracała go, sprawiła też, że całkowicie odstawił alkohol.

„Nie strofowała mnie, nie prawiła morałów ani razu mnie nie napomniała. Nigdy na nic nie zwracała uwagi, nie mówiła: »nie rób tego czy tamtego«, tylko dawała własny przykład. (…) Gdy widziała, że wolę zaglądać do kościoła, kiedy nie było tam ludzi, bo wtedy lepiej udawało mi się skupić, jeszcze gorliwiej chodziła na Msze św. i modliła się w mojej intencji. Tak jak wszystkie najcenniejsze łaski Boże przychodzą do nas przez kobiety, tak i te przyszły do mnie przez moją Basię” – twierdził. Jaka była jego religijność? „Będąc intelektualistą, człowiekiem uczonym, miał wiarę tak ufną, jak pielgrzymujący na kolanach na Jasną Górę. Ale nie można jej tak jednoznacznie podsumować. Ona była rozpięta między Częstochową a lekturami Starego Testamentu” – mówi o Kilarze Krzysztof Zanussi. Sam zaś główny bohater wyznaje na kartach książki: „Nie ma co dyskutować, czy Bóg jest, czy Go nie ma, jest jedna pewność – On istnieje!”. Ta pewność była też gwarantem innej pewności: że po drugiej stronie spotka ukochaną żonę, której obecność czuł przez cały czas.

Powrót do prostoty

Właśnie miłości do żony dotyczą najbardziej wzruszające miejsca tej książki. Choćby to, w którym kompozytor mówi o genezie muzyki, jaką stworzył do czterech wybranych „Sonetów do Laury” Petrarki. Pisząc ją, myślał o swojej żonie. Przejmująco brzmią w tym kontekście słowa sonetu 349, w którym Petrarka mówi, że po drugiej stronie „zobaczy Pana swego i swą panią”. „Cud wielkiej sztuki polega na tym, że jest ponadczasowa, bo przecież uczucia się nie zmieniają – tłumaczy Wojciech Kilar. – To, o czym Francesco pisał ponad sześć wieków temu, mówi o mnie. Podaliśmy sobie ręce ponad czasem”. Mówił też, że nie przecenia swojej twórczości. „Społeczeństwo mogłoby się doskonale obejść bez artystów” – wyznał Barbarze Gruszce-Zych. Z drugiej strony był perfekcjonistą, który wyrzucał utwór do kosza, jeśli choć w części był z niego niezadowolony. W sztuce szukał czystego, bezinteresownego piękna. Dlatego niezbyt chętnie wypowiadał się o swojej muzyce filmowej, w której widział wyłącznie formę użytkową, pisaną dla pieniędzy. A przecież to właśnie ona przyniosła mu największą rozpoznawalność. Za swoje najważniejsze dzieło religijne uważał natomiast „Missa pro pace”. Cieszył się, że udało mu się skomponować mszę „możliwie skromną, ubogą w środki”, która nie jest popisem wirtuozerii kompozytorskiej, ale próbą interpretacji świętego tekstu. „Powrót do prostoty to szansa współczesnej sztuki. Trzeba się ograniczać, zmierzać do ascezy” – mówi.

Na dnie szuflady

W nim samym jednak asceta zmagał się z hedonistą. „Z jednej strony bywał próżny, a z drugiej przejawiał kompletną obojętność wobec dóbr świata. Kochał drogie przedmioty i restauracje, ale też z wewnętrznej potrzeby oddawał pieniądze potrzebującym, miesiącami potrafił prawie nic nie jeść, nie kupować sobie niczego” – opowiada przyjaciel Kilara, reżyser Krzysztof Zanussi. Te dwie walczące ze sobą natury kompozytora przenikliwa do bólu książka Barbary Gruszki-Zych świetnie oddaje. Autorka nie wybiela swojego bohatera, ukazuje też jego dziwactwa, jak chociażby to, że wybudzony z poobiedniej drzemki telefonem potrafił ostro złajać swojego rozmówcę. Jednak te drobiazgi nie zakrywają obrazu ciepłego człowieka, umiejącego słuchać, pełnego czułości wobec ludzi i... kotów, które do domu państwa Kilarów przychodziły całymi stadami. O dążeniu kompozytora do świętości mówią nam rozrzucone po jego mieszkaniu różańce, które były w stałym użyciu, odkąd w stanie wojennym odkrył na Jasnej Górze siłę wspólnotowej modlitwy. Te wszystkie szczegóły Barbara Gruszka-Zych skwapliwie notuje, bo każdy z nich jest nicią składającą się na tkany z pietyzmem portret kompozytora. Składa się na niego także to, co niedopowiedziane. W ostatnim rozdziale Wojciech Kilar zwierza się autorce z pragnienia skomponowania utworu „Sinfonia di Pasqua”, przedstawiającego Triduum Paschalne i Wielką Niedzielę. Pomysłu jednak nie udało się rozwinąć i partytura spoczęła na dnie szuflady. Ten symboliczny obraz zamyka książkę, która niesie czytelnikom nie tylko wiedzę o wybitnym artyście, ale też sporą dawkę nadziei.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • ZNJ
    15.11.2015 17:48
    Bardzo proszę o odrobinę szacunku dla czytelnika i podanie przynajmniej danych bibliograficznych omawianej książki. Ta recenzja mogła być profesjonalna przy stosunkowo niewielkim wysiłku ze strony autora/redakcji (podanie podstawowych informacji na temat książki). Jeśli nie wiemy jak pisać takie teksty popytajmy tych co wiedzą (chyba są jacyś fachowcy w redakcji?) lub poszukajmy dobrych wzorów.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama