Konkursowa impresja

Co się dzieje za kulisami Konkursu Chopinowskiego? W rytmach mazurków, polonezów, nawet Etiudy c-moll „Rewolucyjnej” praca wre. By dobrze się grało.

Reklama

Annie Zhou, długowłosa, drobna, pochyla się nad fortepianem. Rozgrzewa ręce szybką, perfekcyjną grą. Obok leżą grube, czerwone rękawice. Na wszelki wypadek, gdyby do rozgrzania palców samej gry nie starczyło. Rękawice wełniane, jak na kanadyjską zimę, którą przecież zna doskonale, bo z Kanady wraz z mamą przyleciała. 17-latka jest skupiona maksymalnie. Za godzinę z sali przygotowań zostanie sprowadzona na dół, do specjalnego saloniku. A z saloniku jeszcze krok, jeszcze dwa, by pod czujnym okiem sztabu życzliwych profesjonalistów oraz własnej matki wejść na scenę. I na tej scenie zagrć. Koncert swojego 17-letniego życia.

Po raz siedemnasty

Jest wtorkowy wieczór, 13 października, powoli kończy się drugi etap XVII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina, zwanego w skrócie Konkursem Chopinowskim. 43 młodych pianistów z 16 krajów, wśród których jest ośmiu Polaków, to prawdziwi wybrańcy. Najpierw było ich 450. Po wstępnej selekcji do pierwszego etapu właściwych przesłuchań dostało się 160 pianistów. Teraz jest ich „tylko” czterdziestu. Do kolejnego, trzeciego i finałowego etapu jury dopuści 20 osób. Codziennie, od rana do wieczora, trwają więc koncerty. Każdy koncert to chopinowski „półrecital” – musi składać się z polonezów, walców, scherza lub ballady oraz z dowolnej kompozycji. Każdy z występów może trwać 30–40 minut. Aleksandra Braumańska z Narodowego Instytutu im. Fryderyka Chopina, czyli organizatora konkursu, krząta się w kuluarach. Jest łączniczką między sceną, biurem prasowym i salonikiem, w którym na występ czekają kolejni uczestnicy konkursu.

Pracy ogrom. I to teraz właśnie, jak w finale wielkiego koncertu, dzieje się zakończenie prac i przygotowań, które tak naprawdę trwają pięć lat. Tak się dzieje od 1927 r., kiedy to w Warszawie konkurs odbył się po raz pierwszy. Od rana do późnego wieczora grają kolejni wykonawcy. Mniej lub bardziej perfekcyjnie, mniej lub bardziej emocjonalnie. Finezyjnie albo klasycznie. Energicznie lub spokojnie. Obserwuje ich 20 jurorów z minami srogimi bądź (na pozór) obojętnymi. Zasłuchani i przejęci lub przeciwnie: sprawiający wrażenie mocno znudzonych. Od nich zależy tak wiele... Jeśli nie cała muzyczna przyszłość młodych pianistów, to przynajmniej kolejne lata. W tym roku przewodniczącą jury jest Katarzyna Popowa-Zydroń.

Profesor Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, nauczycielka Rafała Blechacza, zwycięzcy konkursu z 2010 r., i... półfinalistka konkursu z 1975 r. Wśród jurorów jest też słynna Martha Argerich z Argentyny, są prof. Andrzej Jasiński, Piotr Paleczny, Ewa Pobłocka i Wietnamczyk Đang Thái Son, który Warszawę zna co najmniej od 1980 r., kiedy to podczas ówczesnego konkursu zdobył pierwszą nagrodę. Jury ocenia kunszt, poziom „Chopina w Chopinie” (mówi się, że w tym roku jury jest nieco bardziej otwarte i docenia również mniej klasyczne wykonania), technikę, ale i emocje.

Kuluary jak w metronomie

Nie tylko na scenie, ale i poza nią wszystko musi działać rytmicznie i precyzyjnie, jak w metronomie. Pełna harmonia pracy całego Instytutu oraz gospodarza konkursu, Filharmonii Narodowej. Nie mówiąc już o telewizji i radiu, które koncerty transmitują na żywo. Dlatego w kuluarach każdy ma swoje miejsce, dużo obowiązków, a mało czasu na rozmowy. Choć kawa leje się strumieniami... Zaplecze musi działać absolutnie profesjonalnie. Za kulisami emocje ogromne. Reakcje na stres bardzo różne. I różne sposoby wyciszenia i uspokojenia. Jedni opanowani od początku do końca, inni wychodzą z występu roztrzęsieni.

Bo chociaż od małego dziecka siedzą za klawiaturą, bywają na koncertach i są oceniani, to jednak stawka jest bardzo wysoka. Za chwilę zagra Yike Tony Yang z Kanady. Chwila skupienia, może modlitwy. Wchodzi z saloniku, przez korytarz, wprost na salę koncertową. Drobny, energiczny, ubrany na luzie. Czarne spodnie i czarna, lekko połyskująca koszula. Chwila skupienia. Delikatnie kładzie ręce na klawiaturę. Rozpoczyna grę... Spod palców, z fortepianu marki Yamaha, wypływają: Barkarola Fis-dur op. 60, Walc Es-dur op. 18, Scherzo cis-moll op. 39, Impromptu Fis-dur op. 36. W końcu Polonez As-dur op. 53. Brawurowy, a jednocześnie subtelny. Liryczny i klasyczny. Brawo! Nie na darmo mówi się o nim, że to jeden z faworytów. Koniec koncertu. Yike wychodzi z sali koncertowej dziarsko, sprężyście. Z subtelnym uśmiechem i dość zawadiackim spojrzeniem. Chętnie rozmawia z dziennikarzami. Mówi, że nie czuje się zmęczony graniem Chopina. Przeciwnie, to kompozytor, którego lubi i gra chętnie.

Bezpretensjonalny i naturalny. Na tle bufetu filharmonii, który, jak się zdaje, nie zmienił swego wyglądu i stylu co najmniej od 50 lat, Yike wygląda młodzieńczo, egzotycznie. I świeżo. W grudniu skończy... 16 lat. W bufecie nad szklaneczką mineralnej przy jednym ze stolików siedzi zespół skośnookich stroicieli fortepianu marki Yamaha. Ich dyżur trwa całą dobę. Godzinami nocnymi dzielą się po równo ze stroicielami pozostałych instrumentów. Dodatkowo, również podczas przerw, dostrajają mikrofałsze, dla zwykłych śmiertelników zupełnie nie do wychwycenia. I tu też trwa walka i rywalizacja: każda ekipa stroicieli, a tym samym każda firma fortepianowa, marzy, by laureat konkursu grał właśnie na ich fortepianie. Tymczasem na salę wchodzi kolejny pianista. Cheng Zhang z Chin.

Pani inspicjentka, gdy tylko drewniane drzwi prowadzące na scenę cicho się za pianistą zamkną, siada tuż przy wejściu i pilnie wpatruje się w monitor telewizyjny. Żeby śledzić każdy ruch Cheng Zhanga. Tu specjalny nadzór jest konieczny: w pierwszym etapie koncertu pianista przeszedł krwotok. Trzeba teraz pilnie obserwować występ i gdyby poczuł się źle, natychmiast działać. W kuluarach krąży też pani w średnim wieku, mama 17-letniej Annie. Przemieszcza się cicho, niemal bezszelestnie, między salonikiem, do którego za chwilę zejdzie córka, a ćwiczącą na wyższym piętrze Annie. Mimo że na pozór wyciszona, mimo że na twarzy emocji nie widać, trudno nie wyczuć macierzyńskiego napięcia i wysiłku, by córce koncertowego nieba przychylić. I by córka za chwilę wyszła na scenę pewna siebie, skupiona. I zagrała jak najlepiej.

Na kończącego występ Cheng Zhanga pod drzwiami czekają też dwie osoby. Chyba rodzice. Gdy pianista kończy grę, szybko oddalają się wraz z nim do saloniku. Wkrótce pianista wychodzi do dziennikarzy i opowiada o występie. Tryska energią, jest spokojny i chyba zadowolony. W końcu Cheng znika gdzieś w filharmonijnych korytarzach. Nie wiadomo, czy wróci na wieczorne ogłoszenie werdyktu jury. Być może, jak wielu uczestników, obejrzy je w zaciszu hotelowego pokoju. Bez świadków.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama