Nasze śląskie Halloween

Więcej będziemy mieli z pielęgnowania tego co bliskie i swojskie, niż z mieszania z błotem innych kultur i zwyczajów.

Reklama

I znowu nadchodzi ta pora roku, kiedy to w mediach usłyszymy liczne, gniewne głosy oburzonych, ostrzegających przed halloweenowymi zagrożeniami. Nie mam zamiaru przyłączać się do tego chóru. Wolę spojrzeć na Halloween ze śląskiej perspektywy.

Ciekawa sprawa, ale lampionowata dynia (najbardziej chyba rozpoznawalny symbol tego budzącego kontrowersje święta), obecna była kiedyś w śląskiej kulturze. Ojciec opowiadał mi, że jako mały chłopiec, wraz z kolegami, robił takie dyniowe lampiony w kształcie twarzy, z którymi po zmroku wędrowano i straszono się dla zabawy w Bieruniu i okolicach. Na podobny zwyczaj/zabawę natknęła się w dzieciństwie również moja mama, tyle tylko, że było to nieopodal Nysy.

O zwyczaju tym wspominał także Antoni Hallor w książce „Podania i legendy mikołowskie”. Niegdyś na Ziemi Pszczyńskiej taka wydrążona dynia ze świeczką w środku miała symbolizować głowę… arcyśląskiego przecież utopca.  Cytuję: „A mąż moj opowiadoł, że jak szli na Różańcowe, to brali bania (dynia, u.m.). W kożdym domu były banie, to tam z ty bani wszystko wybirali, robiyli dziurki na łoczy i gymba, potym do środka dowali świyczka i godali, że to utopce. I szli z tymi i straszyli. Take to były te utopce”.  

Jak wiadomo Halloween wyewoluowało z celtyckiego święta Samhain. Na Śląsku wpływy celtyckie były przed wiekami całkiem spore. Czy takie dyniowo-utopcowe zabawy mogły być jakąś pozostałością dawnych wierzeń celtyckich – tego nie wiem. Być może. W każdym razie warto o tej ciekawostce pamiętać.

Przede wszystkim jednak warto nagłaśniać wszelkiego rodzaju bale, korowody, czy noce świętych, które od kilku już lat organizowane są jako swoista odpowiedź na knajpiano-klubowe imprezy halloweenowe. Jak wiadomo uczestnicy takich holy-win-owych zabaw przebierają się za ulubionych świętych i nie tylko tańczą, ale także modlą się i pogłębiają swoją wiedzę na temat patronów.

Dobrze by było, gdyby „ich” święci mieli też związek z regionem, w którym dany bal się odbywa. Bo korzenie i mała ojczyzna to bardzo ważna rzecz. Naprawdę, więcej będziemy mieli z pielęgnowania tego co bliskie i swojskie, niż z mieszania z błotem innych kultur i zwyczajów, które – jak się okazuje za sprawą utopcowo-halloweenowych dyń – aż tak bardzo obce nam znowu nie są.

*

Wszystkie śląskie felietony autora znajdziesz tutaj

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Marcus
    24.10.2015 21:23
    A może by tak jednak zajrzeć do leksykonu wszystkich swiat na swiecie, laickiego leksykonu, i się dowiedzieć, że Halloween jest od początku świętem diabła i czarownic.
    W mojej zaś, od conajmniej ośmiu pokoleń, śląskiej rodzinie, nigdy nie zniszczono dla zabawy żadnego jedzenia, ani jednej bani.
    Pod płaszczykiem swojskości o torencji nie nazywajmy błota złotem i zła dobrem.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama