Satyricon

Wierzenia i grzeszenia starożytnych Rzymian wg. Felliniego.

Reklama

  mat. prasowy W 1969 roku Federico Fellini postanowił rzucić wyzwanie kinu sandałowemu i nakręcić w tym gatunku film, który… zupełnie go nie przypomina.

„Ben Hur” z  Charltonem Hestonem, „Kleopatra” z Elizabeth Tylor, „Qvo Vadis” z Deborą Kerr i Peterem Ustinovem – oto kostiumowe giganty, które każdy wielbiciel klasycznego Hollywood po prostu musi znać. Co ciekawe, przez wiele dekad to nie Amerykanie, a Włosi wiedli prym w tworzeniu filmów spod znaku miecza i sandałów. Nie były to, rzecz jasna, aż tak kosztowne produkcje, ale cieszyły się sporą popularnością zarówno w czasach kina niemego, jak i po „przełomie dźwiękowym”.

Lazurowe wybrzeża i marmurowe komnaty. Kapiące od złota sale tronowe i arkadyjskie, przypałacowe ogrody… - wszyscy doskonale znamy te kadry. Pojawiają się w kinie do dziś, bez względu na to, czy akcja danego filmu toczy się w starożytnej Grecji, Rzymie, czy Jerozolimie.

„Satyricon” Felliniego nie przypomina jednak tych obrazów. Reżyser zanim zaczął zdjęcia do filmu, gruntownie przeanalizował tysiące antycznych dzieł sztuki i architektury, przestudiował opisy ówczesnych rezydencji i świątyń oraz odbywających się w nich uroczystości. I szybko zorientował się, że to, czym karmi nas kino, niewiele ma wspólnego z tym, jak faktycznie wyglądało życie przed dwoma tysiącami lat.

Postanowił więc nakręcić film, który lepiej odda starożytne realia. I wizualnie rzeczywiście „Satyricon” robi wrażenie - także i dziś (operator Giuseppe Rotundo na swój sposób ożywia antyczne mozaiki, freski i malowidła. Nawet kadruje tak, jak robili to starożytni twórcy!).

Fabułę zaczerpnął Fellini z „Satyryków” Petroniusza – humorystycznej i pełnej przygód powieści napisanej w I wieku naszej ery. Jej bohaterowie wędrują przez Italię, ich celem jest zaś Hellespont – miejsce, gdzie swą świątynię miał Priap - bóg płodności i urodzaju.

Rodzicami Priapa mieli być Dionizos i Afrodyta. Fellini nie nakręcił co prawda filmu mitologicznego, ale wątków i dialogów, w których mity, wierzenia i religijne rytuały dawnych Rzymian się pojawiają, jest tu bez liku.

W czasie kolejnych uczt odgrywane są scenki teatralne, w których m.in. widzimy Erosa schodzącego na ziemię, czy też oglądamy sztukę o Ajaksie, Helenie i Agamemnonie. W formie pieśni słuchamy mitu o Persefonie oraz o tym, że Wenus sprzyja małżeństwom zawieranym na morzu (mówi o tym kapłanka udzielająca ślubu).

Plaże, pustynie, labirynty, groty… - wszystko to także bardzo mityczne pejzaże, których na ekranie nie brakuje. Jest też walka z Minotaurem (który po czasie okazuje się być tylko przebranym za tego potwora człowiekiem), spotkanie z sakralną prostytutką, obchody święta na cześć boga wesołości, czy porwanie syna Hermesa i Afrodyty, który wciela się w rolę wyroczni.

Oczywiście Fellini – w zawoalowany sposób – komentuje tutaj także czasami rzeczywistość i mentalność ludzi XX wieku. Sceny, w których mowa o deifikacji cezara są dla niego np. okazją do namysłu nad przedziwną, acz odwieczną, ludzką potrzebą idealizowania (ubóstwiania) przywódców politycznych. W pewnym momencie mowa też o trzech bóstwach domowych, które zwą się… Interes, Zadowolenie i Zysk.

Bardzo ciekawie w „Satyriconie” ukazane są również liczne ceremonie i rytuały religijne. Są piękne posągi bogów i herosów, święte maski, poruszające pieśni, ale ci, którzy je wykonują to najczęściej osobnicy brzydcy, obleśni, rozwiąźli, schorowani. Ludzka potrzeba piękna, dobra i sacrum tragicznie zderza się ze słabą naturą śmiertelników, podatnych na pokusy, cierpienia i choroby.  I tak od wieków – zdaje się mówić Fellini.

*

Tekst z cyklu Filmy wszech czasów oraz Religie i sztuka

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama