Wieża z kości poległych

Tak naprawdę nie jest istotne, kto mówi – poeta użycza tylko swoich ust „wspólnemu językowi”, przemawia w imieniu ponadpokoleniowej wspólnoty. Taki wniosek nasuwa się po lekturze nowych wierszy Wojciecha Wencla.

Reklama

Epigon to – według „Słownika języka polskiego” – „bierny naśladowca wielkich poprzedników lub kontynuator nieaktualnych idei”. Trzeba przyznać, że Wojciech Wencel wykazał się sporą odwagą, decydując się na opatrzenie swojego najnowszego tomu wierszy tytułem „Epigonia”. Wracając z takim tytułem po sześcioletniej przerwie, wystawia się od razu na strzały tych krytyków, którzy już dawno chętnie wrzuciliby twórczość Wencla do muzeum literackich osobliwości. Dla nich te wiersze w najlepszym wypadku pachną naftaliną, w najgorszym – unosi się wokół nich trupi swąd. A jednak autor „Imago mundi” z jakąś dziwną przekorą nie chce z tej szufladki uciekać. Przeciwnie, prowokuje jeszcze bardziej:

{body:bbc}moja muza jest siostrą nicości mieszka w wieży z kości poległych{/body:bbc}

– pisze w tytułowym wierszu otwierającym najnowszy zbiór. Cóż to za mieszkanie i czego w nim szuka poeta?

Wspólny język

Sformułowanie „wieża z kości poległych” to bardzo nośna metafora, łącząca w sobie dwa obrazy biblijne. Znane z Litanii Loretańskiej słowa: „Wieżo z kości słoniowej”, odnoszące się do Maryi, wywodzą się z Pieśni nad Pieśniami i są tam synonimem czystości, szlachetności. Dziś używamy ich także w znaczeniu miejsca odosobnienia, kryjówki przed światem. Z kolei „kości poległych” przywodzą na myśl dolinę wyschłych kości, ożywionych przez Boga, gdy prorokował nad nimi Ezechiel. „Udzielę wam mego ducha po to, byście ożyli, i powiodę was do kraju waszego” – mówi Bóg do narodu wybranego w Księdze Ezechiela. „Wieża z kości poległych” nadaje zatem sens samotności poety, jego pozornemu zamknięciu wśród narodowych pamiątek, w niej bowiem oczekuje się na zmartwychwstanie narodu.

Takie spojrzenie nie jest oczywiście u Wojciecha Wencla niczym nowym. Można je było znaleźć już w poprzednim tomie „De profundis”, gdzie pisał: „Jeszcze Polska nie zginęła póki my giniemy/ póki nasi starsi bracia wędrują do ziemi” – przez co został zresztą oskarżony przez niektórych komentatorów o „nekrofilski chory pasywizm”. Złośliwi krytycy nie zauważyli jednak, że tam właśnie, we wnętrzu ziemi, „tajemne biły źródła”, a polegli tworzyli podziemne (dosłownie i w przenośni) państwo. W „Epigonii” autor rozwija te wątki, kładąc jeszcze większy nacisk na dialog z tradycją literacką. W kolejnych wierszach pojawiają się: Norwid, Słowacki czy Lechoń, znajdziemy też nawiązania do poezji Mickiewicza.

{body:bbc}Później urodzony wciąż słyszę ich głosy szepczą krzyczą śpiewają we mnie dawni poeci jak gdyby nie zdążyli powiedzieć wszystkiego i jeszcze przez krótką chwilę chcieli pożyć {/body:bbc}

– mówi Wojciech Wencel. W takim ujęciu słowo „epigonia” nabierać zaczyna zupełnie nowego znaczenia, staje się wartością pozytywną. Jak pisał, również przywoływany w tomie przez poetę, Jarosław Marek Rymkiewicz, „nie ma idiomu poetyckiego czasu minionego i czasu teraźniejszego, bo jest jedno wielkie morze języka poetyckiego poza czasem”. Te słowa stały się mottem wiersza tytułowego.Bo tak naprawdę nie jest istotne, kto mówi – poeta użycza tylko swoich ust „wspólnemu językowi”, przemawia w imieniu ponadpokoleniowej wspólnoty.

Sakrament z wygasłych słów

Stąd zapewne wynikają te ciągłe próby dokopania się do rdzenia polszczyzny, stanowiącej odbicie ducha narodu. Polszczyzna i polskość splatają się tu w jedno, ponieważ bohaterowie narodu sami stają się „językiem”:

{body:bbc}oni tu wszyscy – jak zapomniana rota przysięgi pogruchotana składnia polskości Biblia wyklętych w Ezechielową dolinę kości strącona mowa hełmy jak słowa sprzączki jak słowa czaszki jak słowa. {/body:bbc}

W innym miejscu poeta powie o Lechoniu: „Zabrałeś mu Panie strofy kamienne/ a dałeś mu wiersze z ciała”. Słowo staje się ciałem – w najbardziej chyba poruszającym „Pamiętniku z Krakowskiego Przedmieścia” czytanie wierszy pod pomnikiem Mickiewicza sprawia, że historia ożywa na nowo. Obrazy współczesnej Warszawy, w której pamięć o ofiarach katastrofy smoleńskiej miesza się z cynizmem i obojętnością, przeplatają się z migawkami z powstań – warszawskiego i styczniowego. Na wszystko zaś nakłada się obraz Drogi Krzyżowej, zakończonej, rzecz jasna, zmartwychwstaniem.

Ta wielowymiarowość, wielogłosowość, przenikanie się obrazów pozornie należących do różnych porządków – jest wielkim atutem poezji Wojciecha Wencla. Wizyjność, niemal ekstatyczność, sprawia z kolei, że autor coraz częściej rezygnuje z regularnego rytmu, do którego przyzwyczaił nas w swoich wcześniejszych tomach. Kiedy trzeba, sięga też po środki bardziej ascetyczne, niemal minimalistyczne, jak choćby w wierszu poświęconym pamięci Ryszarda Siwca, który w 1968 r. dokonał samospalenia na warszawskim Stadionie Dziesięciolecia:

{body:bbc}ojczyzna wsparta na słupach ognia trwa nieugaszona {/body:bbc}

{body:bbc}mnoży się. {/body:bbc}

Jest w tych wierszach sporo nadziei, a nawet pewności, że wyschłe kości kiedyś na nowo ożyją. Tę nadzieję autor daje nam zarówno na planie osobistym, jak i wspólnotowym. Pomaga wierzyć, że obumarłe ziarno przynosi plon:

{body:bbc}podobno nic im nie wyszło w życiu po bitwach gorycz po wierszach ból skąd w takim razie na moim języku słodki sakrament z wygasłych słów {/body:bbc}

– pyta poeta. Za sprawą nowych wierszy Wojciecha Wencla wygasłe słowa znów zyskały blask.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama