Pisarz z Krainy Deszczowców

Sto lat temu urodził się autor książek o przygodach Baltazara Gąbki. To dziś klasyka literatury dziecięcej. I fenomen kultury masowej końca XX wieku w Polsce.

Reklama

Chodzi bowiem nie tylko o literaturę, ale masowo oglądany telewizyjny serial animowany, który powstał na podstawie książek Stanisława Pagaczewskiego. A fenomen polegał na produkcji w stu procentach zakorzenionej w polskiej kulturze, historii i geografii. Kilka pokoleń Polaków wychowało się na tych bajkach (które przecież nie były do końca bajeczne). Uczyły one pięknej polszczyzny, kształtowały dobry smak i poczucie humoru. I miały potężny ładunek dydaktyczny – autor prowadził swoich bohaterów zgodnie z zasadą „zło dobrem zwyciężaj”. Tekst skrzył się od cytatów z klasyki i historycznych skrótów. Pagaczewski potrafił zakrzywić czasoprzestrzeń, łącząc wiek VII z XX. W czasach szarej komuny stworzył własny, baśniowy świat, w którym nasza prehistoria mieszała się z teraźniejszością.

Czar radia z lufcikiem

  archiwum rodzinne Stanisław Pagaczewski w 1970 r.
Kim był Stanisław Pagaczewski? Pisarzem i podróżnikiem. Globtroterem i bajarzem. Miłośnikiem polszczyzny i rodzimego krajobrazu. Zwiedził 60 krajów, ale pisał głównie o Polsce.

Powieści, nowele, przewodniki. Urodził się w Krakowie (sto lat temu!), gdzie jego dziadek Julian kierował Katedrą Historii Sztuki na UJ. Stanisław na tej samej uczelni studiował polonistykę, w czasie wojny brał udział w tajnym nauczaniu. Swoje ówczesne doświadczenia opisał po latach w książce „Szkoła bez dzwonka”. Mało kto wie, że na długo przedtem zanim sławę przyniósł mu Baltazar Gąbka, Pagaczewski już był gwiazdą szklanego ekranu. W początkach istnienia Telewizji Polskiej pan Stanisław prowadził bardzo popularny wówczas program „Piękno Polski Południowej”. Do telewizji został zaproszony jako autor poczytnych w latach 50. przewodników turystycznych, łączących wiedzę krajoznawczą z historyczną.

Syn pisarza Tomasz wspomina, że chodzili z siostrą oglądać tatę w telewizorze do sąsiadów. Można jednak zaryzykować twierdzenie, że Pagaczewski na początku lat 60. odgrywał w „radiu z lufcikiem” podobną rolę jak dekadę później Michał Sumiński, również podróżnik, autor programu „Zwierzyniec”. Co ciekawe, obaj panowie spotkali się po latach w urokliwej miejscowości Tleń (Bory Tucholskie), by odebrać Ordery Uśmiechu, najwyższe dziecięce odznaczenie. I wypić bez grymasu szklankę cytrynowego soku.

Rodzą się bestsellery

Pan Stanisław stał się bajkopisarzem dzięki córce. – Moja siostra Anna domagała się co wieczór nowej bajki. Tata wychodził ze skóry, by sprostać temu wyzwaniu. Pomysły czerpał z krakowskich legend i otaczającej rzeczywistości. Tworzył z tego zabawne opowiastki. W końcu uznał, że mogą one także służyć innym dzieciom i zaczął je spisywać. Gdy pierwszy szkic zaniósł do Wydawnictwa Literackiego, w którym stale publikował, redaktor wpadł w zachwyt i od razu zamówił całą książkę – opowiada Tomasz Pagaczewski.

To był rok 1965. „Porwanie Baltazara Gąbki” okazało się prawdziwym bestsellerem. W sumie trzy części serii sprzedały się przez kolejne dekady w imponującej liczbie blisko 4 mln egzemplarzy. Najwyższy nakład jednego wydania osiągnął 550 tys. egzemplarzy. Zaczytywali się w nich nie tylko Polacy, ale także Francuzi, Portugalczycy, Węgrzy, a nawet Japończycy, tradycyjnie gustujący w smoczych klimatach.

Prawdziwym bohaterem serii okazał się bowiem nie tytułowy profesor, badacz latających żab, ale jego kompan – Smok Wawelski. Nie tylko ze względu na detektywistyczną żyłkę i smykałkę do wynalazków, ale przede wszystkim nonszalancki styl bycia, będący zaprzeczeniem smoczej grozy. Autor w jednym z wywiadów zdradził, że wiele jego własnych cech ma postać Baltazara Gąbki, ale znajomi pisarza raczej w Smoku doszukiwali się elementów autobiograficznych. Syn Tomasz rozwiewa wszystkie te dywagacje: – Nie ma co się tu doszukiwać żadnych kluczy czy podtekstów, tata po prostu dawał upust swej fantazji i świetnie się przy tym bawił.

Mżawka, czyli niedoszły Moczarek

Książki Pagaczewskiego czytano w PRL, traktując je jak pamflet na ówczesne porządki. Aluzji politycznych tam nie brakowało, zwłaszcza w opisach Krainy Deszczowców (w tamtejszej encyklopedii „wolność” określana jest jako „słowo przestarzałe, nie mające żadnego znaczenia”). Tyle że autor nie miał ponoć wcale dysydenckich ambicji. Po prostu wstawiał rekwizyty „małej stabilizacji”, a później „propagandy sukcesu” w baśniową scenografię, i to wystarczyło, by budzić niepokój cenzury. Tomasz Pagaczewski prezentuje stare wydania książek z adnotacjami ojca, który długopisem zaznaczał miejsca, gdzie wkraczał Urząd Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk. Dziś same te ingerencje są zabawne. Oto w zdaniu: „Nasz bohater nie mógł długo utrzymać się na świeczniku” (dosłownie, nie metaforycznie) cenzor skreśla dwa ostatnie słowa, zamieniając je na zwrot „w tej pozycji”. Tak na wszelki wypadek, by czytelnicy nie doszukiwali się w „świeczniku” politycznych aluzji.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama