We mgle

Wątek traumy, jaką przeżywają rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej, należy do najlepiej poprowadzonych w filmie.

Zarzuty, że „Smoleńsk” Antoniego Krauzego jest filmem upolitycznionym, jakie podnoszono przed premierą i po niej, są bezsensowne. Każdy film podejmujący podobny temat staje się polityczny. Każdy ma przecież prawo do wyrażania swoich przekonań, również na ekranie – tego prawa nie można nikomu odbierać – można natomiast z nimi się nie zgadzać. W przypadku „Smoleńska” rozpętano w mediach prawdziwą kampanię nienawiści, jak gdyby prawo do robienia filmu na ten temat przysługiwało wyłącznie jednej opcji. Cała reszta, określana jako sekta smoleńska, zdaniem przeciwników powstania obrazu nie miała do tego prawa. „Smoleńsk”, bez wsparcia Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, jednak powstał. Wyłącznie ze środków prywatnych.

Antoni Krauze jest jednym z nielicznych reżyserów, którzy w swoim dorobku nie nakręcili złego filmu. Po znakomicie przyjętym „Czarnym czwartku” sporo ryzykował, podejmując temat katastrofy w Smoleńsku, która podzieliła Polskę i Polaków.

Oczekiwania związane ze „Smoleńskiem” były wielkie. Dziennikarze mainstreamowych mediów piszący komentarze na temat filmu jeszcze na etapie produkcji spodziewali się „drugiej katastrofy smoleńskiej”, strona przeciwna z kolei – arcydzieła. Wydaje się, że obie strony spotkał zawód.

Śladem „Czarnego czwartku”

Początek filmu robi naprawdę wrażenie. Szkoda, że z czasem akcja staje się coraz bardziej statyczna, a niektóre sceny wydają się niepotrzebne. Krauze, idąc śladem „Czarnego czwartku”, wykorzystał w filmie archiwalne materiały dokumentalne, przeplatając je ze scenami fabularnymi. Ta paradokumentalna stylistyka znakomicie sprawdza się w pierwszej, najlepszej zresztą części filmu. Widz od razu też zdaje sobie sprawę, że reżyser nie ma wątpliwości co do przyczyn katastrofy w Smoleńsku, podobnie jak wielu tych, którzy zadawali rządzącym kłopotliwe pytania. Wątpliwości pozostają zresztą i dzisiaj, bo nie znamy odpowiedzi na wszystkie pytania związane z katastrofą. Być może należałoby poczekać z tak jasnym stawianiem tezy i pozwolić głównej bohaterce filmu pójść śladem rodzących się pytań.

Na uwagę zasługuje natomiast znakomite oddanie, poprzez płynnie zmontowane dokumentalne obrazy, klimatu, jaki zapanował w kraju po katastrofie. Wówczas Krakowskie Przedmieście w Warszawie stało się miejscem spontanicznej manifestacji żałoby. Żałobnicy od rana pojawiali się przed Pałacem Prezydenckim, stawiali znicze i kładli kwiaty. Licznie zgromadzeni towarzyszyli też konduktom żałobnym Lecha Kaczyńskiego i Marii Kaczyńskiej, a także pozostałych ofiar przewożonych z lotniska Okęcie. Mamy okazję przypomnieć sobie reakcje ludzi, dla których zawalił się świat, którzy nie mogli uwierzyć, że taka tragedia jest w ogóle możliwa. Ten powszechny klimat żalu i bezradności z jednej strony, a z drugiej kpiny z „moherów”, posuwające się do bluźnierstwa, skandaliczne prowokacje i polowanie na najbardziej wyraziste objawy społecznej frustracji, które zostały wykorzystane do medialnych manipulacji.

Chociaż medialne manipulacje stają się jednym z głównych wątków „Smoleńska”, wydaje mi się, że wielu widzów pójdzie na film w nadziei, że znajdzie w nim wyjaśnienie przyczyn tragedii. A tego przecież trudno wymagać od filmu fabularnego. Znaczna część widzów znajdzie w nim potwierdzenie swoich przekonań, bo ta sprawa dla wielu stała się raczej kwestią wiary.

Krauze w wielu wywiadach mówił, że przyczyną katastrofy był zamach. Nie będzie więc recenzenckim nadużyciem, jeżeli zdradzę, że w filmie zamach nie jest tylko hipotezą. Sceny na początku filmu, w których pojawiają się kontrolerzy lotów, sceny na lotnisku i jego okolicach, kiedy służby rosyjskie konfiskują nagrania dokonane przez dziennikarzy, a później tajemnicze seryjne „samobójstwa smoleńskie” i ustalenia naukowców wskazują na to jednoznacznie. Można się też domyślić, kto za nim stał, chociaż tu reżyser akurat nie stawia kropki nad i. Film stara się też wyjaśnić, dlaczego do zamachu doszło. Reżyser widzi jego korzenie w wyprawie prezydenta Kaczyńskiego do Gruzji. Tam 12 sierpnia 2008 roku, w czasie rosyjskiej inwazji na Gruzję, Lech Kaczyński, w otoczeniu przywódców Ukrainy, Estonii, Łotwy i Litwy, w geście solidarności z Gruzją powiedział: „Jesteśmy tu po to, żeby podjąć walkę”.

W gąszczu intryg

Nie wiem, ilu widzów zwróci uwagę na znaczącą scenę z udziałem generałowej, która składa kwiaty pod pomnikiem w Smoleńsku. Ze zdziwieniem zauważa, że to samo robi nieznajoma, która stara się z nią nawiązać rozmowę. Okazuje się, że kobieta jest Rosjanką i nie wie, gdzie został pochowany jej syn, który zginął w Afganistanie. Dlatego właśnie składa kwiaty pod pomnikiem w Smoleńsku. W czasie rozmowy pyta generałową, czy modli się tu wyłącznie za męża. Wyjaśnia, że ona sama modli się tu również za wrogów, ale jej to nie wychodzi. Myślę, że ta krótka scena doskonale oddaje intencje autora filmu, który w wywiadach wyrażał nadzieję, że jego film w jakimś stopniu znowu połączy Polaków.

Wątek traumy, jaką przeżywają rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej, należy do najlepiej poprowadzonych w filmie. Aldona Struzik w roli wdowy po gen. Błasiku, oskarżanym o wywieranie nacisku na pilotów, by lądowali w Smoleńsku, staje się w filmie reprezentantką wszystkich rodzin ofiar katastrofy. Struzik zagrała z wyczuciem kobietę, która przeżywa tragedię i broni honoru męża przed bezpodstawnymi zarzutami. Nie ma w niej nienawiści, jest żal i chęć poznania prawdy, która skłania ją do podjęcia zdecydowanych działań w tym kierunku.

Wątpliwości budzi jednak obsada niektórych pozostałych ról w filmie. Nie wszyscy aktorzy spełnili pokładane w nich nadzieje. Pomyłką wydaje się obsadzenie Beaty Fido w roli głównej. Nina, dziennikarka jednej z komercyjnych stacji telewizyjnych, zabiega u swego szefa o powierzenie jej tematu katastrofy smoleńskiej. Antoni Krauze nie ukrywał w wywiadach, że nawiązuje do „Człowieka z marmuru” Andrzeja Wajdy. – To był obraz niezwykle ważny dla mojego pokolenia, bo odkłamywał naszą powojenną historię – mówił reżyser w rozmowie z „Gościem Niedzielnym”. Krauze podobną metodę zastosował w „Smoleńsku”, gdzie dziennikarskie dochodzenie do prawdy przypomina wydarzenia, które są konsekwencją katastrofy, jak i te, które ją poprzedziły. Niezależnie od tego, kto był wzorem tej postaci, w interpretacji Beaty Fido wypada ona w filmie blado i mało wyraziście. Właściwie ona sama w gąszczu intryg i totalnych medialnych manipulacji staje się niejako ofiarą katastrofy smoleńskiej. Z pewnością nie jest to wyłącznie wina aktorki, ale też scenariusza, który nie potrafił klarownie przedstawić tego wątku. To dziwne, bo w swojej dotychczasowej twórczości, poczynając od „Palca Bożego”, mocną stroną filmów Krauzego stanowiły pogłębione psychologicznie postaci jego filmowych bohaterów.

Być może scenarzyści usiłowali poruszyć w filmie zbyt wiele tematów, a w rezultacie żaden z nich tak naprawdę do końca nie wybrzmiał. Może lepiej byłoby skupić się tylko na jednym. Można jednak zrozumieć założenia scenarzystów, którzy w pierwszym filmie kinowym na temat katastrofy chcieli przedstawić jak najwięcej związanych z nią problemów. Szkoda, że topornie. •

Smoleńsk, reż. Antoni Krauze, wyk.: Beata Fido, Maciej Półtorak, Aldona Struzik, Lech Łotocki, Ewa Dałkowska, Jerzy Zelnik, Redbad Klijnstra, Polska 2016

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja