Sztuka ideologiczna

O sporze cywilizacyjnym, który toczy się na polu kultury, oraz protestach dotychczasowych elit mówi poeta i wicedyrektor Instytutu Książki Krzysztof Koehler.

Reklama

Bogumił Łoziński: Kultura ma barwy ideologiczne?

Krzysztof Koehler: Tak. Jest silnie przez ideologie kuszona i dominowana, ale wolałbym, aby miała barwy ideowe, nie ideologiczne. Kultura jest przestrzenią, w której dokonuje się debata ideowa, spierają się różne racje, światopoglądy. Im tej debaty, sporów więcej, tym kultura jest bardziej interesująca i dynamiczna.

Jednak dziś często artysta realizuje pewien projekt ideologiczny, np. stworzenie społeczeństwa na zasadach lewicowych.

Tak się dzieje. Trochę z powodu funkcjonowania „grupomyśli”, działania grupowego, osłony towarzyskiej. Jedni twórcy przypisują się do pewnego nurtu, bo tak chcą, inni, bo tak jest korzystniej, a jeszcze inni są doń przypisywani. W grupie działa się wygodniej, a jeśli jeszcze działanie odbywa się pod osłoną instytucjonalną – środowiska, instytucji kultury – wtedy takie działanie ma za sobą instytucjonalną moc.

Jak scharakteryzowałbyś nurt, który do niedawna dominował w naszej kulturze, tzw. salon?

Określiłbym go mianem modelu modernizacyjnego. Lektura tekstów czy różnych wypowiedzi autorów należących do owego „salonu” wskazuje, że fundamentalną kwestią dla tego środowiska jest idea modernizacji, szeroko pojętej nowoczesności. Zdaję sobie sprawę, iż jest w nim wiele różnych punktów widzenia, lecz tym, co środowisko to spaja, jest przekonanie, że tradycja, przeszłość, tożsamość, chrześcijaństwo – utrwalona, tradycyjna forma istnienia kultury polskiej – są pewnym ciężarem. Dlatego tę „kulę u nogi” należy odciąć, odrzucić albo zmodernizować. Na przykład – mówiąc metaforycznie – przekształcić ową kulę w „balon”, flagę zmienić w kotyliony, a godło państwowe w orła z czekolady.

Z Twojego opisu wynika, że mamy do czynienia ze sporem cywilizacyjnym, który toczy się na polu kultury.

Myślę, że jednak zasadniczą osią tego sporu jest to, co święty Jan Paweł II nazwał starciem cywilizacji śmierci i cywilizacji miłości. Papież dostrzegł sedno tego, o co toczy się spór. Doświadczamy go na co dzień. Przykład? Niedawno byłem w Amsterdamie. Podczas zwiedzania miasta natknęliśmy się na gotycki kościół, chcieliśmy doń wejść, ale okazało się, że w środku nie ma już świątyni, jest za to wystawa o… Marilyn Monroe. Co to oznacza? Oczywiście jest to komunikat mówiący o postępującej laicyzacji. Kościoły się zamyka, bo ludzie przestają do nich chodzić, aby się modlić. Ale z drugiej strony ta przemiana świątyni w kawiarnię czy przestrzeń wystawienniczą jest symboliczna: miejsce doświadczenia religijnego zmienia się w miejsce doświadczenia estetycznego (w najlepszym razie). Znaki świętości giną z naszej przestrzeni społecznej. A jeśli nie da się ich wyburzyć (na razie), to następuje ich wydrenowanie – nie wiem, jak inaczej można to określić…

Publiczna deklaracja piosenkarki Natalii Przybysz, że dokonała aborcji, bo – jak tłumaczyła – miała za małe mieszkanie, jest elementem cywilizacji śmierci?

Wydaje mi się, że tak właśnie jest, ale zarazem jestem pewien, iż pani Natalia to bardzo zagubiona osoba i należy jej współczuć. Bardzo mi jej żal… Mówię to absolutnie szczerze, bez ironii.

Jej akcja wywołała jednak rodzaj aborcyjnego coming outu. Kobiety publicznie zaczęły przyznawać się do aborcji, jakby to była jakaś nowa moda.

To nie jest moda, to – moim zdaniem – coś gorszego. Kontekstem owych różnych wypowiedzi były wszak „czarne marsze”. Nie chcę się na ten temat rozwodzić, powiem więc tyle: kiedy socjolog dr Michał Łuczewski określił owe manifestacje jako „korowody bachantek” [czcicielek boga Dionizosa w starożytnej Grecji – przyp. red.], zaraz przypomniałem sobie, co miał do powiedzenia o kulcie Dionizosa, o samym Dionizosie René Girard: „Dionizos i szatan to jedno i to samo”. Coś złego jawiło się w tamtym czasie, jakaś wielka prowokacja. I kiedy od różnych intelektualistów i komentatorów usłyszałem pochwałę nowego ruchu społecznego, który rzekomo rodzi się w Polsce, uświadomiłem sobie, że żyjemy w czasach metafizycznie niebezpiecznych… Jeśli gloryfikuje się ruch społeczny, którego źródła wytryskują z tak mrocznych obszarów – nie jest dobrze z naszym oglądem rzeczywistości. Owe marsze (w imię wolności… do czego?), owe wyznania są dowodem na kompletne pomieszanie pojęć, chaos moralny, jakiś rodzaj duchowego zaślepienia…

Jednym z elementów tej modernistycznej zmiany, o jakiej mówimy, są ataki na wartości religijne. Dlaczego tak się dzieje?

Nie wiem na pewno, ale domyślam się, że dla jednych działanie takie może być uzewnętrznieniem osobistego negatywnego doświadczenia, dla innych prowokacją, która jest niejako proklamacją aktu przynależności do modernizującego Polskę obozu. Działanie takie ma już sporą (jałową dosyć) tradycję, powiela wszak twórczy gest modernisty: „drażnienia filistra”. Kiedyś był nim „straszny” mieszczanin, dzisiaj pewnie Polak katolik.

Ten konflikt można też zdefiniować w kategoriach przełamywania społecznego i kulturowego tabu.

Oczywiście, zresztą znam to z własnego doświadczenia. Jak wiesz, pochodzę ze środowiska „Brulionu”. W pewnym okresie zdobywaliśmy swoje miejsce w kulturze, podważając tabu, chłonąc i przekazując na krajowy „rynek” kultury różne nowości z Zachodu: feminizm, kulturę queerową, bunt postmodernistyczny… Ale wielu z nas ów proces atakowania tabu doprowadził do odkrycia, a może – bardziej i wprost – doświadczenia osobistego, że jeśli usunie się tabu, to kultura staje się pustynią, bezwodną pustynią. Tabu jest osłoną świętości, pewnej delikatności, niewyrażonego. Chroni to, co należy zachować bez dotykania. Tabu wskazuje, że pewnych rzeczy naprawdę nie należy robić. Tabu to drogowskazy, miejsca szczególnej troski…

Powinny być granice niszczenia tabu?

Tak. Pisałem o tym, gdy wybuchł spór wokół „Golgoty Picnic”. Nie wolno moim zdaniem robić rzeczy, które innym sprawiają jakiś rodzaj bólu. Bardziej niż za wolność słowa artysta jest odpowiedzialny za ból, za krzywdę duchową, którą może uczynić swoim dziełem. To nie jest kwestia delikatności ani taktu. To kwestia przetrwania kultury.

A jeśli twórca robi to świadomie, to nie staje się bardziej barbarzyńcą niż artystą?

Staje się li tylko prowokatorem i w istocie przestaje być artystą, stając się kimś, kto uzależnia swój artystyczny byt od zainteresowania (oburzenia) odbiorców. Świetnie opisał to Horacy w „Liście do Pizonów”, kiedy przeciwstawia poetę uczonego i poetę szalonego. Poeta „doctus” tworzy dla społeczeństwa, dla ludzi. Obserwuje rzeczywistość i twórczo w niej uczestniczy. W sposób artystyczny podejmuje najważniejsze problemy wspólnoty – polityczne, społeczne, moralne. Niekiedy drażni, niepokoi, wywołuje szok, prowadzi do przeżycia katharsis. Jest też poeta „furiosus”, szalony, którego całe istnienie skupia się na tym, aby zwracać na siebie uwagę, być w nieustannej interakcji z audytorium. Artysta „szalony” istnieje tylko wobec odbiorców. Bez nich go nie ma. Artysta uczony jest społecznie potrzebny, artysta szalony jest potrzebny samemu sobie. Efektem jego działania jest społeczna alienacja sztuki – jeśli staje się ona jedynie narzędziem ekspresji artysty, przestaje być potrzebna odbiorcom. Nie pomaga im w ich drodze do dobrego życia, więc staje się niepotrzebna.

Artyści często są również zaangażowani politycznie, co przeszkadza w odbiorze ich dzieł. Twórcy tego nie rozumieją?

A mnie to nie przeszkadza. Artysta jest obywatelem, ma prawo do swoich poglądów i do ich wyrażania. Oczywiście pojawiają się jakieś dziwaczne zachowania. Na przykład część kolegów twórców, z litości nie podam ich nazwisk, na Facebooku napisała, że kto głosował na PiS, niech się wypisze z grona ich znajomych. To są zachowania, które w cywilizowanym kraju nie powinny się zdarzać. Zakładam jednak, że nawet po takim zachowaniu będę obcował z ich dziełami.

Twórczość jest związana z pieniędzmi. „Salonowi” artyści mówią wprost, że teraz dostali mniej publicznych środków niż od poprzedniej władzy, dlatego atakują obecną. Nowa władza zamknęła kurek z dotacjami dla modernistów?

Istnieje coś takiego jak „dystrybucja prestiżu”. Pojawili się bowiem w naszej przestrzeni kulturowej tzw. menedżerowie kultury, którzy zarządzają publicznymi środkami. To bardzo interesująca grupa ludzi: nie tworzą kultury, zajmują się jedynie „dystrybucją prestiżu”. Ich środowiskowe ulokowanie spowodowało, że wokół zarządzanych przez nich instytucji pojawiła się grupa beneficjentów szczególnie finansowo uprzywilejowanych. Zarazem owi menedżerowie stworzyli sobie naturalną osłonę w postaci opowieści, że wsparcie finansowe (i marketingowe!) uzyskują od nich tylko twórcy wybitni, bo przecież nie płaciliby artystom słabym. W ten sposób powstała pewna uprzywilejowana elita.

Ta „elita” skarży się teraz, że Prawo i Sprawiedliwość daje środki tylko „swoim”. Takie zarzuty padają na przykład pod adresem Instytutu Książki, którego jesteś wicedyrektorem.

Zarzuty wynikają z tego, że nie godzimy się na ustanowione dzięki „dystrybucji prestiżu” hierarchie kulturalne czy literackie. Ta niezgoda wcale nie jest łatwa, przecież każdy kulturalny człowiek w Polsce miał wiedzieć, kto jest, a kto nie jest wybitnym artystą. „Dystrybucja prestiżu” na tym wszak polegała. Jeżeli to podważasz – narażasz się na zarzut, że się na kulturze nie znasz… Problem w tym, że rozumowanie w kategoriach „swoi” i „obcy” bardziej wskazuje na tych, którzy nam takie rozumowanie przypisują. Chciałem powiedzieć tyle, że przynajmniej w naszym sposobie myślenia, w moim sposobie myślenia, takiego podejścia nie ma. Oczywiście mam świadomość, że na moich decyzjach musi odciskać się poczucie jawnej niesprawiedliwości, której byłem świadkiem w ostatnich latach. Ale wyrzekam się wszelkiego resentymentu w tym względzie. Uważam, że kierowanie się nim do niczego dobrego nas nie doprowadzi. Mam świadomość, że kultury nie wolno zawłaszczać. Że nie wolno nam kroczyć drogą wyznaczoną przez „dystrybutorów prestiżu”. Trzeba pokazywać wielorakość, wielonurtowość kultury. Instytucje kultury nie mogą kierować się ideologią. One są po to, aby wspierać artystów, którzy mają coś do powiedzenia. Tak postrzegam nasze zadanie.•

Krzysztof Koehler - poeta, krytyki literacki, eseista, a także twórca filmów dokumentalnych. Doktoryzował się na Uniwersytecie Jagiellońskim, tematem jego pracy habilitacyjnej był staropolski poeta Stanisław Orzechowski. Jest profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Był dyrektorem TVP Kultura. Ma żonę i dwie córki.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama