Głębiej niż miecz

Z Adamem Strugiem o śpiewaniu jako lekarstwie, „Bożych obiadach” i prostocie rozmawia Barbara Gruszka-Zych.

Reklama

Barbara Gruszka-Zych: Słyszałam, że babcia zabierała Pana na pogrzeby we wsi.

Adam Strug: Uczestniczyłem w nich przez całe dzieciństwo do 15. roku życia. Babcia wprowadziła mnie w ten świat niejako niechcący. W wioskach drobnoszlacheckich i kurpiowskich w Łomżyńskiem śpiewano, czuwając przy zmarłym po sześć, nawet siedem godzin.

W Wielkim Tygodniu towarzyszono śpiewem umęczonemu i ukrzyżowanemu Chrystusowi.

W naszych stronach podczas Triduum Paschalnego śpiewano trzy noce – od Wielkiego Czwartku do Mszy rezurekcyjnej w Niedzielę Zmartwychwstania. Zgromadzenie śpiewacze współtworzyli: prowadzący całość kantor, zawołani śpiewacy, wreszcie cała społeczność.

Jakie teksty śpiewano?

Ich wykonawcy nie mieli wiedzy na temat tego, co śpiewają, choć ich repertuar był przeglądem polskiej literatury. Od średniowiecznych anonimów po utwory XIX-wieczne, także gminne, nieskodyfikowane. Śpiewali wiersze Kochanowskiego, Wujka, Żabczyca, Naborowskiego, Krasickiego, aż po Karpińskiego. Warto wiedzieć, że do dziś korzystają ze śpiewnika, który nie ma zapisu nutowego. Pamiętają melodię…

…a przez nią pewnie też słowa.

Tak właśnie. Wielu do niedawna było analfabetami, dlatego generalnie wszystkiego uczyli się na pamięć. Kiedy człowiek doświadczy takiego śpiewu, nic innego mu już nie smakuje. Mnie urzekła naturalna emisja głosów tej śpiewającej zbiorowości. Nie tylko śpiewano w Wielkim Tygodniu w kościele, ale też chodzono ze śpiewem po domach. Pamiętam tzw. Boże obiady, odbywające się przez całą noc w Wielkim Poście lub Adwencie, charakterystyczne dla wiosek z północnego Mazowsza. Być może była to chrześcijańska adaptacja „Dziadów” opisywanych przez Mickiewicza? Wspaniałe to były noce, prawdziwy obyczaj plemienny, ale już ochrzczony. Ludzie śpiewali pełnymi głosami, nikt się w śpiewie nie ograniczał. Te domowe praktyki śpiewacze kwitły także dlatego, że prawo kanoniczne sprzed reformy stanowiło, iż ci, którzy mają do kościoła więcej niż 10 km, są zwolnieni z obowiązku uczestnictwa we Mszy niedzielnej. Dlatego niebiorący w niej udziału modlili się, śpiewając po domach. W Wielkim Poście w chatach oddalonych od kościoła śpiewano też w środę Gorzkie Żale, a w piątki – Drogę Krzyżową.

Okazji do śpiewania było wiele.

I każda wioska robiła to w swoim rycie. W zróżnicowanych etnograficznie wioskach północnomazowieckich funkcjonuje kilka plemion, z których każde ma swój ryt muzyczny. W obrębie tego rytu każda wieś ma jego własną interpretację. Z tego stworzyła się bardzo ciekawa mozaika.

Jak nazwać muzykę, o której mówimy?

Najlepiej – śpiewem tradycyjnym lub plemiennym właśnie. Na tę jakość składały się repertuary: dworski, klasztorny i niekłamanie ludowy. Chłopi przejęli muzykę dworską i kościelną, którą zmodyfikowali zgodnie z własną muzykalnością i uznali za swoją.

Okazuje się, że polski lud to genialny kompozytor.

To prawda. A przy okazji, słuchając jego śpiewu, możemy prześledzić historię całej polskiej muzyki: od dworskiej przez kościelną do ludowej.

Jakie są cechy tego śpiewania?

To „śpiew po prostu”. Nie ma w nim manier tzw. śpiewu uczonego, za jaki od XIX w. uchodzi śpiew operowy. Każdy śpiewa takim głosem, jaki otrzymał od natury.

W wykonywanym przez Pana „Requiem ludowym” słyszymy: „Czemu tak rychło Panie/ Bierzesz mnie ze świata/ Kilka lat tylko żyłem, kilka dni na świecie”. To prosta, ale przejmująca metafora ludzkiego życia.

W dawnym repertuarze pogrzebowym, z którego pochodzi ten tekst, pojawia się bardzo realistyczna antropologia. Smutna, niepozostawiająca złudzeń co do znikomości ludzkiego żywota. Jedyne, co ma sens, to zwrócenie się ku niebu już teraz. Bo ziemia jest wygnaniem, doliną łez i od tego, czy będziemy współpracować z wolą Bożą, zależy finał naszej egzystencji. Taki jest przekaz moralny zawarty w bardzo pięknych, głównie barokowych wierszach Naborowskiego, Żabczyca czy Sępa Szarzyńskiego. Ci prości ludzie śpiewają czcigodne zabytki naszej literatury, w tym dewocyjnej. Są wśród tego repertuaru najstarsze pieśni – anonimowa, najprawdopodobniej czeskiego pochodzenia „Skarga umierającego” z XII w. albo „O duszo wszelka nabożna”.

Dziś śpiewanie kościelne zubożało.

To sytuacja katastrofalna. Skarbiec muzyczny Kościoła w Polsce, budowany tysiąc lat, w ostatnich pięćdziesięciu został ograbiony. W miejsce naszych starodawnych pieśni wprowadza się piosenki, które ani w warstwie muzycznej, ani literackiej nie dorównują pieśniom minionych pokoleń. Przede wszystkim jednak infantylizują prawdy, jakie mają głosić.

Dlaczego dziś nie śpiewamy starych pieśni?

Po pierwsze z powodu zmian cywilizacyjnych. Wierni chcieli się modlić współczesnym językiem. Pod drugie – zmiana teologiczna związana z Soborem Watykańskim II poskutkowała tym, że stare pieśni stały się niewygodne. W ich przekazie jest zawarta ortodoksyjna eschatologia. Człowieka czeka albo zbawienie, albo potępienie. A dziś rzadko słyszy się kazania o piekle i wiecznym potępieniu. Wykładnię tych pieśni stanowi też ortodoksyjna eklezjologia. Są wśród nich pieśni katechizmowe przekazujące informację, że poza Kościołem katolickim nie ma zbawienia. W niektórych z nich pojawiają się sformułowania wyrażające konieczność nawrócenia innych wyznań chrześcijańskich, Żydów i pogan. Dziś to mocno niepoprawne i wzbudziłoby kontrowersje.

A jednak nie da się zapomnieć, że muzyka narodowa wielu krajów powstała z inspiracji muzyką kościelną.

W wyniku takiej inspiracji pojawiły się ryty narodowe – np. muzyka francuska. Do niedawna muzyka narodów ochrzczonych w katolicyzmie miała naturalnego sprzymierzeńca właśnie w Kościele. Miejsce po dawnych pieśniach trzeba było czymś wypełnić. Dla „prostaczków” stworzono ryt oazowy, dla inteligencji – tzw. neodominikański, dla osób spoza Kościoła – neokatechumenalny. Kiedy to mówię, przemawia przeze mnie meloman, nie dewot.

Gdzie dziś można znaleźć pieśni postne?

Wystarczy wpisać w Google „Śpiewnik pelpliński” i kupić go. Ten śpiewnik powinien znajdować się w domu każdego polskiego inteligenta. Paradoksalnie to, że nie ma w nim nut, jest cenne, bo zmusza do poszukiwania wariantów melodycznych na wsi.

Może Pan przytoczyć jakiś fragment tradycyjnej pieśni postnej, żeby zachęcić do tradycyjnego śpiewania?

„Dokąd się mam uciekać, nędzna gołębica/ Jeżeli nie do Ciebie jak oblubienica/ Jezu mój, ma miłości na krzyżu rozpięta/ Do którego nad wszystko ucieczka mi święta?/ Dybie na mnie piekielny jastrząb żeru chciwy/ Srogi drapieżnik tylko na mą zgubę żywy/ Chcąc mnie pożreć, a ja gdzie mam się rejterować/ Nigdzie, tylko się w Twoich bliznach mogę schować”.

To najczystsza poezja.

Taka pieśń nie mogłaby się narodzić na chrześcijańskim Wschodzie, bo jest wyrazem typowej pobożności Zachodu. W teologii zachodniej postawiono silny akcent na dwie natury Boga-człowieka. Dlatego opisywanie cielesności, realnych ran Chrystusa jest w tych pieśniach podkreślane i jak najbardziej uzasadnione. Czasem wśród teologów prawosławnych spotykamy się z żartami, że skoro mamy kult Serca Jezusowego, no to może wprowadzimy też kult nerek…

Spotyka Pan starszych, którzy przekazują tę muzykę?

Muzyka religijna jeszcze oddycha. Nadal istnieją enklawy, gdzie żyją ludzie, którzy praktykują owo rzemiosło wokalne i instrumentalne. Z wokalnym sytuacja jest o tyle dramatyczna, że wraz z odejściem pokolenia urodzonego przed I wojną skończyła się pewna epoka. Ich następcy mają już inne strojenie głosu, używają innej, uproszczonej gwary. Dzisiejsi 80-, 70-latkowie mówią innym językiem niż ich XIX-wieczni przodkowie. Ja miałem szczęście, że się na tamtych jeszcze załapałem. Byłem wtedy dzieckiem i nie wiedziałem, z czym mam do czynienia, czułem jednak, jakie to wspaniałe i piękne. Nasłuchałem się tych pieśni i stąd moja łatwość w pamięciowym opanowaniu tego imponującego kunsztem i liczbą zbioru.

Niepojęte, że w towarzyszeniu żałobie tak ważną rolę odgrywała muzyka. Ludzie nie mieli kiedy płakać.

Osierocona rodzina była otoczona śpiewem i wtedy lepiej mogła się zmierzyć z cierpieniem.

To śpiewanie było dla niej lekarstwem?

Absolutnie tak. Kiedy cierpiący po stracie posłuchali, o czym mowa w tej czy w tamtej pieśni, mogli przeprowadzić ze sobą istotne rozmowy o sensie życia. Zresztą kiedy te pieśni prezentujemy w miejscach, gdzie odbiorcy nie mają związków z Kościołem ani wsią, oni też podkreślają ich walor, powiedzmy, terapeutyczny.

Co roku w Wielką Sobotę śpiewa Pan pieśni wielkopostne w kościele na warszawskich Bielanach.

W tym roku mnie tam nie będzie, bo śpiewam „Requiem ludowe” z grupą Kwadrofonik w Tychach, ale śpiewy się odbędą. Przy okazji warto przypomnieć, że w Polsce obowiązują dwa starodawne pozwolenia papieskie, według których możemy dłużej wykonywać kolędy i pieśni pasyjne. Kolędy – nie tylko do uroczystości Objawienia Pańskiego, czyli Trzech Króli, ale do Matki Bożej Gromnicznej (2 lutego). Pieśni pasyjne zaś – nie tylko w Wielkim Tygodniu, ale w całym Wielkim Poście.

Śpiewy tradycyjne niosą przekaz wiary. Śpiewając je, nie da się nie wierzyć w Pana Boga.

One są taką samospełniającą się przepowiednią. W tym sensie, że to modlitwy śpiewane, które działają jak Pismo Święte, które „głębiej przenika niż miecz obosieczny”. Człowiek, słuchając ich, zaczyna myśleć, że warto zbliżyć się do Boga. Znam osoby, które razi to przesłanie religijne. Myślę jednak, że niezależnie od wyborów światopoglądowych powinniśmy mieć szacunek do religii. To wymóg kultury rozumianej jako wspólne dobro rodzaju ludzkiego. 

Adam Strug

śpiewak i instrumentalista, autor piosenek, kompozytor muzyki teatralnej i filmowej, scenarzysta filmów dokumentalnych, etnomuzykolog, pomysłodawca zespołu śpiewaczego Monodia Polska, praktykującego pieśni przekazywane w tradycji ustnej.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama