Strasnie rod widzem świat

Roman Dzioboń wynajduje stare drzewa, które mierzone w pierśnicy mają w obwodzie nawet pięć metrów. – Przecież nie będę żył sto lat. Ale drzewa to kilkusetletni świadkowie – mówi. Sam jest świadkiem. Rozrysował swoje drzewo genealogiczne, którego historia zaczyna się około 1650 roku.

Reklama

Znajdowanie korzeni rodziny zajęło mu ostatnie dwa lata. Wyrastający z gałęzi poniżej tej z jego zdjęciem i po bokach już nie żyją. Pra, pradziadkowie, rodzice, żona, pięć starszych sióstr. – Wszystkie pochowałem, ostatnią w styczniu tego roku – opowiada. Za to nad jego głową bujnie rozmnożyły się nowe konary – córka Ela, syn Wojciech i ich rodziny z dziećmi. – Prawnuków mam czworo, jeden jest w drodze – mówi. Z żoną wychowali też przybraną córkę Ewę, którą traktowali jak rodzoną. – Mój najkrótszy życiorys: urodziłem się i umrę – wybucha śmiechem.

– A między jednym a drugim pisał pan w swoich wierszach o Bogu i się z Nim wadził. Skąd się to wadzenie wzięło? – pytam.

– Mój przyjaciel, ks. prof. Tischner, czytał moje wypociny i kiedyś powiedział: „Co tak słodko piszesz o Panu Bogu? Może lepiej, jakbyś się z Nim trochę powadził?”. „Nieroz miołem do Boga pretensje, że nie naleje rozumu do łba tym, którzy mają go trochę przymało” – przyznałem. I do dziś się z Nim wadzę.

Nie mówi, że jest stary, ale w wieku refleksyjnym. – Bo żyje się nie po to, żeby żyć, ale po to, żeby być. Ostatnio tak sobie myślę, że dobrze, że coś po mnie zostanie. Tak też nakierowuję swoje dzieci i wnuki, mówię im: „Po wos też coś musi zostać. Przynajmniej dobre imię”.

Zapach fartucha

„Tu mnie Boże/ posiałeś/ jak ten owiesek/ płony” – napisał w wierszu „Mojemu Miastu”. Owiesek wydaje się słaby, a on mocny, ale poeta zna swoje miejsce wobec Boga. Urodził się w 1932 r. „na Meksyku”, przy ulicy św. Leonarda w Nowym Targu. To półtora kilometra od centrum miasta, gdzie teraz mieszka. Lubi swoje miejsce, ale gdy tylko może, wyrywa się w góry. Wychodzi na Kokoszków i przy dobrej pogodzie ma przed sobą cały łańcuch Tatr. – Kiedy powietrze jest przezroczyste, na Świnicy widać każdy kamień. Nieraz przychodziłem tu z moimi dziećmi, kiedy były małe. W domu się nie przelewało, a ja im pokazywałem ośnieżone szczyty: „To wszystko wasze”. Bo takie piękno można dostać za darmo. Są ludzie obdarowani, którzy mają w sobie odbiornik na szum potoku, zieleń drzew, śpiew drozda. A inni jakby mieli zamknięte oczy. Wiersze to świadectwo, że się ma taki odbiornik.

Miał ponad czterdziestkę, kiedy napisał, jak mówi, pierwszą harpagońską rymowankę. – Zachorowałem na grypę i nie mogłem brać udziału w biegu narciarskim Związku Podhalan, gdzie się staruje w takich twardych, bukowych góralskich portkach z filcu. Co roku startowałem, nieraz wygrywałem, no to wtedy się wściekłem i napisałem wiersz.

Pierwszy tomik „Gazdówka w mieście” wydał już, gdy był pod pięćdziesiątkę.

Jego matka Maria zmarła, kiedy miał 7 lat. – Podobno jednym z najstarszych zmysłów człowieka jest węch. Po przeszło 80 latach zapachy prowadzą mnie do ludzi. Pamiętam, jak moja mama przychodziła ze stajni i jej fartuch pachniał krowim mlekiem. Jej postać widzę już mglistą, ale ten zapach jest jak żywy. Wraca też do mnie zapach starości, który czułem, odwiedzając dziadków od strony mamy.

Po szkole, gdzie go doceniali jako humanistę, poszedł do wojska, do Szkoły Lotniczej w Dęblinie. – Wykonałem jeden skok ze spadochronem i z pampersem, na wypadek gdybym się mocno wystraszył – uśmiecha się. – Nie wyobrażałem sobie życia poza Podhalem, i kiedy dostałem nakaz pracy do Ustrzyk, nie posłuchałem, tylko wróciłem.

Skończył stomatologię w Akademii Medycznej w Krakowie. Najpierw dostawał zastępstwa, a potem w ośrodku zdrowia w Szaflarach przepracował ciurkiem 42 lata. Dodatkowo miał pół etatu w prewentorium kolejowym w Nowym Targu.

Rwanie nad Dunajcem

– Mój zawód nie powinien przyciągać ludzi, ale oni do mnie przychodzili – opowiada. – A ja ich lubiłem, pracując prawie 60 lat. – W zawodzie, który łączy z ludźmi, nie da się ich nie lubić. Całe Szaflary i dziewięć innych wsi były nieszczęśliwe przeze mnie. A teraz jak idę, wszyscy krzyczą: „Doktorze!”. Aż dziwne, że mnie tak kochają, bo kiedyś się bali. Jednemu to nad Dunajcem zęba rwałem, a on siedział na takiej okręglicy. Miałem niektóre rodzaje kleszczy, których brakowało w ośrodku, i nosiłem je w torbie. Po 20 latach ten gość mi krzyczy na ulicy: „Pamiętocie, jakeście mi targał zęba nad Dunajcem?”. Nieraz spotykam ludzi, którzy na mój widok otwierają ramiona: „Panie, wy zyjecie jesce?” i się cieszą. Nie pięknie? Jak ten mój pies, który tu siedział, każden człowiek czuje. Jak się do niego empatycznie podchodzi, będzie przy was siedział. A jak nie, to was użre. Wiem, że w każdym człowieku jest Bóg, i to przez człowieka On do nas przychodzi. Wadziłem się z Bogiem jak z osobą, którą obwiniałem za wiele rzeczy, które mnie u ludzi drażniły. To tak jak z pijakiem, któremu gnije wątroba, bo pije. Potem sąsiedzi mówią: „Umarł, Pon Bóg go skoroł”. Ale to nie Bóg go skarał, przecież on sam się skarał. Nie można Boga obwiniać, tylko gorzołkę. Ks. Tischner nie podawał gotowych odpowiedzi, ale zadawał nam pytania i prosił: „Teraz sobie to przemyślcie”. No to sobie myślałem o miejscach, gdzie ginęły miliony, o Oświęcimiu, o Kołymie. „Panie, gdzie wtedy byłeś?” – pytałem. Ale z drugiej strony znalazłem taką odpowiedź u Nałkowskiej, która napisała: „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. Więc po co w to wszystko Boga mieszałem? „Tyn – wej ino/ prawdziwie/ żyje/ na tym świecie/ co/ mądrze pociaroł/ z Panem Bogiem” – jakby odpowiadając sobie na to, zanotował w wierszu „Życie i śmierć”.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama