Chrześcijańskie randkowanie

Dla widza przyzwyczajonego do przedstawienia romansowych tematów we współczesnym kinie „Old Fashioned” będzie szokiem.

Film „Old Fashioned” jest pełnometrażowym debiutem reżyserskim i aktorskim Rika Swartzweldera. Ten scenarzysta, reżyser, aktor i producent w jednej osobie nie jest jednak postacią nieznaną w świecie filmowym USA. Jego krótkie filmy, często inspirowane Ewangelią, zdobywały nagrody na wielu światowych festiwalach.

„Old Fashioned” nie stał się hitem jak „War Room” czy „Bóg nie umarł”, zyskał jednak sporą popularność wśród chrześcijańskiej widowni. Tak się złożyło, że wszedł na ekrany w tym samym czasie co „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, ekranizacja erotycznego romansu w harlequinowskim stylu. Zastanawiano się, czy data premiery była marketingowym zabiegiem producentów, czy też przypadkiem. – Muszę wyjaśnić, że nie nakręciłem filmu w odpowiedzi na „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Pracę nad scenariuszem rozpocząłem ponad 10 lat temu i długo przedtem, zanim została wydana pierwsza z serii książek o Greyu. Tak naprawdę pomysł na film zrodził się, kiedy zastanawiałem się, dlaczego brakuje filmów podejmujących temat życia singli, których znałem w tym okresie mojego życia – powiedział w jednym z wywiadów reżyser „Old Fashioned”. – O kobietach i mężczyznach koło trzydziestki, którzy spotykają się, szukając miłości, ale jednocześnie żyją wiarą i nie chodzi im o uprawianie przygodnego seksu. Ta grupa ludzi także kocha kino. W nocnych dyskusjach doszliśmy do wniosku, że żaden z nas nie widział filmu, który opowiadałby naszą historię. We współczesnych romansach filmowych Bóg jest nieobecny. Pomyślałem sobie, że mógłbym z tym coś zrobić.

Rzeczywiście, film zawiera mocne chrześcijańskie przesłanie w sferze miłości między kobietą i mężczyzną. Powiedzmy od razu: miłości idealnej. Oglądając „Old Fashioned”, odniosłem wrażenie, że dla jego twórcy punktem wyjścia były jakieś osobiste doświadczenia. I nie pomyliłem się, bo reżyser przyznaje, że rzeczywiście tak było. – Nie jest to opowieść ściśle biograficzna, ale oparta na doświadczeniach moich i moich znajomych. Dla mnie najważniejsze było to, jaki wpływ wywarł film na innych, i dyskusje, jakie wzbudził. Moim zdaniem „Old Fashioned” to przede wszystkim opowieść o zamkniętym w swoim świecie i wyjałowionym uczuciowo młodym człowieku, który uczy się, w jaki sposób zasłużyć na łaskę Boga, który do pewnego momentu był dla niego niedostępny – wyjaśniał reżyser. – Zostało to pokazane jak w starodawnym, tradycyjnym romansie. Ale to nie jest tylko film o historii Claya i Amber. To film o relacjach pomiędzy Clayem i Bogiem oraz Amber i Bogiem. I o tym, jak te relacje wpływają na siebie.

Kto w tym filmie jest postacią najbardziej złamaną i doświadczoną przez życie? Nie mamy wątpliwości, że jest nią Clay. Można tylko domniemywać, jakie byłyby koleje jego losu, gdyby nie spotkał na swojej drodze Amber. Oboje są bohaterami tego niezwykłego, bo „staroświeckiego” filmu. Staroświeckiego, bo opowiadającego o miłości, której we współczesnych filmach nie uświadczymy. Można zadać sobie pytanie, czy dlatego, że w dzisiejszym świecie miłość w takiej formie nie istnieje, czy też twórcy filmów jej po prostu nie dostrzegają. To swego rodzaju paradoks, że we współczesnych filmach, czy będą to komedie romantyczne, dramaty, filmy obyczajowe, czy seriale telewizyjne, sformułowanie „kocham cię” należy do najpopularniejszych. Jednocześnie większość dorosłych bohaterów albo już jest po rozwodzie, albo właśnie się do niego przygotowuje lub też tkwi w jakimś pozamałżeńskim związku. Nie brakuje również w tych filmach singli, którzy szukając prawdziwej miłości, mają za sobą niejedno miłosne doświadczenie. Oglądając z kolei telewizyjne seriale przeznaczone dla młodzieży, nabieramy przekonania, że szkoła przestała pełnić jakiekolwiek funkcje edukacyjne czy wychowawcze, a stała się siedliskiem spisków, intryg i rywalizacji w sferze seksualnych podbojów. Można dojść do wniosku, że młodzież sukcesy odnosi wyłącznie w tej niekontrolowanej przez nikogo sferze. A do tego dochodzi jeszcze rynsztokowe słownictwo, jakim operują bohaterowie tych filmów.

Czytając Biblię

Czy to, co widzimy na ekranie, jest odzwierciedleniem rzeczywistości, czy wyobrażeniem o niej autorów scenariuszy? Prawda leży – jak zwykle – gdzieś pośrodku, nie można jednak lekceważyć wpływu, jaki wywiera na odbiorców. Dla widza przyzwyczajonego do podobnego traktowania miłosnych tematów we współczesnym kinie „Old Fashioned” będzie szokiem.

Pierwszoplanowym bohaterem filmu wydaje się na pozór Clay Walsh, ale po jakimś czasie zaczynamy sobie zdawać sprawę, że postać Amber odgrywa w nim równie ważną rolę. To właściwie jej oczyma widzimy, w jaki sposób inni bohaterowie filmu odbierają Claya i jakie uczucia w nich budzi. Mimo że znają go od lat, niewiele o nim wiedzą i właściwie jest dla nich postacią enigmatyczną. Szanują go i być może podziwiają, ale nie mogą przebić się poza mur dystansu, jakim się otoczył. Amber poznała go przecież niedawno i na początku zaskoczona jest postawą Claya nie mniej niż widz filmu. A tych zaskoczeń przeżyjemy w czasie seansu niemało.

Amber jest taką dziewczyną znikąd. Podróżuje samochodem, właściwie nie wiemy dokąd i w jakim celu. Kiedy zabrakło jej benzyny, zatrzymuje się w miasteczku, gdzie mieszka Clay. Postanawia zostać tu dłużej, podejmuje pracę, a koleżanka pomaga jej wynająć mieszkanie u bohatera filmu, który prowadzi sklep z antykami i odnawia stare meble. Sklep nazywa się właśnie „Old Fashioned”, co w wolnym tłumaczeniu może oznaczać „staromodny” czy „w dawnym stylu”, ale także „zacofany”. Jak się przekonamy, tytuł filmu nie odnosi się wyłącznie do nazwy sklepu. Clay pomaga dziewczynie przenieść rzeczy do apartamentu, który jej wynajął, ale zatrzymuje się w drzwiach. Nie wchodzi do środka, bo, jak tłumaczy, złożył ślubowanie, że nigdy nie pozostanie sam na sam z kobietą, która nie jest jego żoną. Amber nie może uwierzyć, że coś takiego jest możliwe w dzisiejszym świecie, a jej zdumienie jeszcze się pogłębia, kiedy okazuje się, że chłopak nie ma żony. Widz również zaczyna się zastanawiać, czy Clay przypadkiem nie jest wyznawcą Allaha w jakiejś skrajnej wersji. Nieporozumienie szybko się wyjaśnia. Nie chciałbym zdradzać szczegółów akcji, ale dodam tylko, że w swoim czasie Clay nie był wcale takim świętoszkiem, wprost przeciwnie, ma sporo grzechów na sumieniu. Od swojego dawnego życia odciął się gwałtownie i drastycznie, kiedy zaczął studiować Biblię. Postać Claya i jego deklaracje, bo trudno nazwać rozmowy z Amber dyskusją, służą reżyserowi do obnażenia ciemnych stron naszej kultury. A więc obsesji na punkcie seksu, braku szacunku dla kobiet i randkowania, które staje się celem samym w sobie. Nie jest to specjalnie odkrywcze, a reżyser bardziej koncentruje się na słowach niż obrazie, co z czasem staje się nużące. Pozytywne przesłanie filmu z pewnością zyskałoby na sile, gdyby nie pewne artystyczne niedociągnięcia. Film wpada w pułapkę charakterystyczną dla wielu filmów podejmujących temat wiary. Miejscami przypomina kazanie z ambony, nie ma tu miejsca na subtelność, a wszystko to ze szkodą dla wolno rozwijającej się fabuły. Znajdziemy tu jednak kilka znakomitych scen, jak chociażby ta ze striptizerką. Film z pewnością warto obejrzeć również z tego powodu, że stoi w opozycji do traktowania seksu w taki sposób, jak robi to współczesne kino, czyli bez żadnej moralnej refleksji. No i co ciekawe, nie znajdziemy w filmie wulgarności, zarówno w sferze obrazu, jak i języka, ani też scen erotycznych, bez których nie może się obejść żaden film podejmujący podobne tematy. 

Old Fashioned, reż. Rik Swartzwelder, wyk.: Elizabeth Ann Roberts, Rik Swartzwelder, LeJon Woods, Tyler Hollinger, Nini Hadis, USA 2015

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Autopromocja