Inna perspektywa

Hollywood - fabryka snów, kraina gwiazd, jeden wielki La La Land. Czyż nie takie są nasze pierwsze skojarzenia i najczęstsze wyobrażenia?

Reklama

W książce „Na Zachód od Edenu” Jean Stein ukazuje nam ten zakątek Kalifornii z zupełnie innej perspektywy. Domowej, rodzinnej, acz nie idyllicznej. W końcu Hollywood, to Hollywood, więc bez skandali i sensacji się nie obędzie.   

Już sama okładka książki jest symboliczna. Widnieje na niej reprodukcja pop-artowskiego obrazu, który w latach ’70 ubiegłego wieku namalował Ed Ruscha. Słynny, umieszczony na górze Lee napis Hollywood Sign oglądamy tu od tyłu.

Podobny chwyt – tyle że literacki - zastosowała Stein. Niby jej książka poświęcona jest słynnym producentom, aktorom i  milionerom, ale opowieści o nich snują ich dzieci, wnuki i znajomi. I, co ciekawe, w ich wspomnieniach, wielkie filmy i sukcesy pojawią się tylko w tle. Znacznie ważniejsze zdają się być prywatne spotkania, domy, w których dane im było mieszkać, otaczające je ogrody, rodzinne pikniki, czy wyprawy na plażę.

Przykładowo Bob Walker (syn oscarowej aktorki Jennifer Jones) tak wspomina swoje spotkanie z Charlie Chaplinem. Walker był wtedy dzieckiem, dopiero co stracił ojca „ale ten drobny starszy facecik podszedł do mnie i zaczął mnie zagadywać. Postanowił udzielić mi porady – być może zobaczył zmartwienie na mojej twarzy. Powiedział: „Wiesz co, mały, kiedy muszę coś sobie poukładać w głowie, robię tak” – po czym odwrócił się w stronę oceanu i głęboko nachylił, tak że spoglądał na świat spomiędzy własnych kolan. Chciał mi w ten sposób powiedzieć, że kiedy przez chwilę popatrzysz na rzeczywistość do góry nogami, wszystko wraca na swoje miejsce. Zapamiętałem tę poradę. Trzeba po prostu na moment zmienić perspektywę. Sądzę, że właśnie to chciał mi przekazać. Zrobił to w lekki, niefrasobliwy sposób. Przepiękny dar”.

Podobnych historii jest w „Na Zachód od Edenu” multum. W wielu z nich mowa jest także o innej, mroczniejszej stronie Hollywood. Poznajemy ekscentryczne dziwactwa wszechwładnych szefów wielkich studiów filmowych, ich powiązania z mafią, biznesem, brudną polityką (chociażby czasy tzw. czarnej listy i polowań na komunistów).

Wszystko to jednak wzbogaca naszą wiedzę o amerykańskiej fabryce snów i demitologizuje ją. Uświadamia, że cała ta, od dekad już spowijająca Hollywood otoczka glamour, to tylko fasada. Coś sztucznego. Może i świetnie prezentującego się w czasie premierowych bankietów, sesji zdjęciowych i dorocznych gal rozdania Nagród Akademii, ale nie mającego wspólnego z rzeczywistością, z prozą życia. A książka Jean Stein to właśnie solidny kawał takiej prozy.

Warto przeczytać.

*

Fragment publikacji można znaleźć w naszym serwisie www.religie.wiara.pl. Wystarczy kliknąć tutaj

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama