Przygoda

Czyli film-skandal, dzięki któremu festiwal w Cannes zyskał swoją tożsamość.

Reklama

Gdy w 1960 roku „Przygoda” w reżyserii Michelangelo Antonioniego została uznana przez jury za najlepszy film canneńskiego festiwalu, protestom i gwizdom publiczności nie było końca. Co tak bardzo oburzyło widzów i co poniektórych krytyków?

Owym skandalem było nagłe zniknięcie z ekranu głównej bohaterki. Anna (w tej roli Lea Massami) wybrała się wraz z narzeczonym i grupką przyjaciół na wycieczkowy rejs. W czasie zwiedzania niewielkiej, skalistej wysepki, nagle gdzieś się gubi i już do końca filmu się nie pojawia. Utonęła? Została porwana na inny statek? A może odpłynęła/uciekła z którymś z rybaków? Tego nie dowiemy się nigdy.

Ale przecież nie to jest w tym filmie najważniejsze. Antonioni wykorzystuje konwencję filmu sensacyjnego, tylko po to, by jakoś zacząć swą opowieść. Później mamy już tylko rozważania nad sensem miłości, relacji, tego co mogą nam dać, ale też jak bardzo mogą się skomplikować.

„Przygoda” może kojarzyć się z „Oknem na podwórze” Hitchcocka. Tam co prawda reżyser do końca trzyma się konwencji kryminału, ale co jakiś czas od niej odchodzi. Osoby, które z okna widzi James Stewart to nie tyle autentyczne postacie, ile jego wyobrażenia (w jednym oknie widzi szczęśliwą parę, w drugim nienawidzące się małżeństwo, w trzecim: szczęśliwą singielkę, w czwartym: zdruzgotaną życiowymi niepowodzeniami starą pannę itd. To trochę takie opcje, które ma do wyboru przed ślubem z Grace Kelly).

W „Przygodzie” jest bardzo podobnie, tyle, że bardziej poetycko. Stylowe, czarno-białe zdjęcia zapierających dech w piersiach włoskich pejzaży sprawiają, że oto na ekranie oglądamy raczej piękny sen lub świat wewnętrzny bohaterki. Zaś każda z pojawiających się tu osób jest jakby wariantem, ewentualnością, tym co może ją czekać.

Być może sama Anna była kimś/czymś takim. Nerwowa, rozdrażniona, podejrzliwa… - nic dziwnego, że zniknęła. Każdy z nas chciałby pozbyć się takiej strony swojej osobowości. Na ekranie pojawia się więc Claudia (Monica Vitti) - dotąd postać tylko drugoplanowa. Znacznie bardziej spokojna, sympatyczna. Teraz to właśnie ona będzie przyglądać się innym, widząc w nich swoje ewentualne „życiowe opcje”, drogi, scenariusze.

Pewnie, że może pokochać Sandro (Gabriele Ferzetti), ale co, jeśli za jakiś czas zmieni się on w podstarzałego lowelasa – takiego samego oślizgłego typa, jak mąż Giulii? A co jeśli miłość Claudii i Sandro wygaśnie? Czy wtedy i ona stanie się jak Guiliia (Dominique Blanchar)? Też zacznie się wdawać w pozamałżeńskie romanse z nastoletnimi kochankami?

Wszystkie te rozterki dodatkowo podkreśla kompozycja kadrów. Najpierw Massami, a potem Vitti ustawiane są tak, jakby przeglądały się w innych postaciach, lub też stoją w środku, a po bokach mają dwie inne osoby/opcje (cały czas są „między młotem, a kowadłem”).

W 1960 roku wielu widzów nie było jeszcze gotowych na tego rodzaju film, którego nie można brać dosłownie. W którym niemal każda scena jest symboliczna. Ale to właśnie od „Przygody” zaczęto postrzegać Cannes jako festiwal, na którym raczej się eksperymentuje, niż tylko celebruje. I tak jest tam do dziś, choć, rzecz jasna, nie każdego roku jest nam dane obejrzeć takie arcydzieło, jak klasyk Antonioniego.    

*

Tekst z cyklu Filmy wszech czasów

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| FILM, KINO

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Więcej nowości

    Reklama