Okulary świętego

O uporządkowanym szaleństwie ojca Maksymiliana, przywróconej godności więźniów i demonie, który boi się świętości, mówi reżyser Michał Kondrat.

Reklama

Jaki to będzie film: fabularny, dokumentalny, a może dwa w jednym?

30 proc.stanowić będą zdjęcia fabularne, resztę – dokumentalne, ale pod tę fabułę podprowadzające. Najważniejsze sceny przedstawimy w formie fabularnej. Wierzę, że taka formuła pozwoli osiągnąć efekt dobrego filmu kinowego przy budżecie poniżej miliona złotych. Cały czas zbieramy fundusze.

Pana poprzednie filmy – „Jak pokonać Szatana” i „Matteo” – poruszały temat duchowej walki, egzorcyzmów. Czy jest jakiś łącznik pomiędzy tamtymi filmami a tym, który teraz powstaje?

Wszystkie mają to samo zadanie: zachęcać do prowadzenia życia duchowego, czyli do modlitwy i sakramentów. Do budowania relacji z Bogiem, który uzdalnia nas do robienia trudnych rzeczy, tak jak uzdalniał ojca Maksymiliana Kolbego.

Postać ojca Kolbego pojawiła się już podczas pracy nad poprzednimi filmami…

Tak, pojawił się tam wątek okularów ojca Maksymiliana, które w cudowny sposób zmaterializowały się podczas egzorcyzmu sprawowanego nad pewnym młodym klerykiem. W posiadaniu tych okularów jest ojciec Cipriano de Meo, postulator procesu beatyfikacyjnego ojca Matteo da Agnone, bohatera mojego poprzedniego filmu. Widziałem je, dotykałem ich. Wyglądają rzeczywiście identycznie jak te, które nosił ojciec Kolbe.

Rozumiem, że tematyka dwóch poprzednich filmów to echo Pana posługi jako asystenta egzorcysty?

Tak, przez pięć lat uczestniczyłem w sumie w ponad dwustu egzorcyzmach. I bardzo to wpłynęło na rozwój mojej wiary.

Zaczął Pan tę posługę dość krótko po nawróceniu, które, jak wynika z Pana biogramu, dokonało się w 2002 roku. Co się wtedy wydarzyło?

To był czas, kiedy poznawałem Pana Boga. Spotkałem pierwszych ludzi, którzy zaczęli mi opowiadać o osobistej relacji z Bogiem. Trudno mi było to zrozumieć, bo choć wychowałem się w rodzinie katolickiej, takiej relacji nie znałem. Katolicyzm pojmowałem bardziej tradycyjnie. Wydawało mi się, że chodzi głównie o to, żeby pójść w niedzielę na Mszę św. i raz do roku do spowiedzi. Ale nagle coś zaczęło się we mnie zmieniać. Najpierw z niepewnością zacząłem wchodzić w tę relację z Panem Bogiem i zwracać się do Niego w sposób osobowy. To był początek.

I kiedy nastąpił przełom?

Poszedłem do kościoła na Żytniej, w którym kiedyś modliła się i obok którego mieszkała siostra Faustyna. Wszedłem tam podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu, kapłan trzymał właśnie w rękach monstrancję. Byłem w ogóle nieskoncentrowany, spojrzałem na tę monstrancję i wtedy wydarzyło się coś mistycznego. W jednej sekundzie upadłem na kolana i poczułem totalne oczyszczenie. Towarzyszyły temu łzy i ciepło, które leciało od czubka głowy, przez całe moje ciało, aż do koniuszków palców. Trwało to, zdaje się, dosyć długo, chociaż wydawało mi się wtedy, że krótko. Usłyszałem w sercu głos Chrystusa, który mówił: „Od tej pory jesteś mój”. Przez kilka dni nie mogłem się pozbierać po tym doświadczeniu. Ten moment uznaję w swoim życiu za kluczowy, bo wiem już, że mogę błądzić, grzeszyć, odchodzić od Pana Boga, ale zawsze będę do Niego wracał.

Uczestnictwo w egzorcyzmach nie zburzyło tej pewności?

Ono umocniło moją wiarę! Podczas egzorcyzmu jesteśmy świadkami potężnej walki między złym duchem a Panem Bogiem, który go gromi. Ludzie są uwalniani, a my jesteśmy razem z Bogiem, czyli po tej dobrej stronie – więc to musi wzmacniać. Czasem, kiedy wyjeżdżałem gdzieś na dłużej, tęskniłem do tego, żeby dalej modlić się i pomagać w ten sposób.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama