Jestem żywym kamieniem

O nadrabianiu miną, pytaniu o sens i o Bogu, który jest odpowiedzią, mówi Marta „Marika” Kosakowska.

Reklama

Maciej Rajfur: Gdzie podziała się polska królowa dancehallu? Co powiesz ludziom, którzy pytają o dawną Marikę, z warkoczykami i energiczną, imprezową nutą?

Marta „Marika” Kosakowska: Najchętniej zaśpiewam im fragment piosenki Anny Jantar „Nic nie może przecież wiecznie trwać”. Plotłam warkocze przez 15 lat i miałam już ochotę przestać. Imprezowanie interesowało mnie bardzo na etapie młodzieńczym. Ale człowiek przecież ewoluuje i pociągają go w miarę upływu czasu bardziej wyszukane idee i zjawiska. A co do energii, to ona jest i będzie bardziej odczuwalna w kolejnym albumie.

Od czego zaczęła się ta wielka zmiana w Twojej muzyce?

Od konstatacji, że ja w zasadzie piszę wiersze, w których jest sporo wielkoformatowych tematów, poszukiwań filozoficznych i duchowych, i że na przekazie słownym zależy mi tak bardzo, iż chcę ubrać go w bardziej adekwatną, dojrzalszą muzykę. Żeby to było spójne i czytelne. Do stylistyki reggae to po prostu przestało pasować. Było jak kwiat do kożucha.

Brzmienie, ale i treści przybrały dojrzalszą formę. Poszłaś w kierunku bardziej refleksyjnego przekazu. Jak scharakteryzowałabyś teraz swoją muzykę?

Ostatnia płyta „Marta Kosakowska” to była miękka elektronika, z poetyckimi tekstami i pięknym kwartetem smyczkowym. Kolejny album klaruje się jako elektronika, ale już nie miękka, lecz mocniejsza, i nadal z polskimi tekstami. Nie będzie łagodnie i balladowo, za to bardziej energetycznie.

Jaka była „tamta” Marta Kosakowska, a jaka jest teraz? Na czym polega największa różnica?

Tamta była niepewnym swojej wartości człowiekiem, który opanował zdolność nadrabiania miną. Pomagały mi w tym kolory, ubiory, hałaśliwy sposób bycia. Wyglądałam na wyluzowanego trzpiota. A w środku coraz bardziej kotłowały się pytania o sens, cel. W końcu przestała smakować atencja ludzi, bo wcześniej zabiegałam o to, żeby wszyscy mnie kochali. Teraz znaczenie miało tylko poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o sensowność całego tego tańca.

Twoje nawrócenie było przełomem czy procesem?

Zdecydowanie przełomem, od którego rozpoczął się proces.

Czym są teraz dla Ciebie Kościół, wiara i Bóg?

Bóg jest dla mnie odpowiedzią na pytanie o sens i cel. Jest sensem i celem. Wiara postawiła moje życie na zupełnie innym fundamencie. Kościół to dla mnie ludzie, którzy szukają Boga i chcą Go poznawać. Dzięki relacji z nimi rozwijam się i doznaję olśnień. Ja też jestem Kościołem. Jestem jednym z żywych kamieni, które go konstruują.

Podczas spotkania we Wrocławiu stwierdziłaś, że Kościół to wspólnota ludzi wierzących, ale grzesznych, popełniających błędy. A człowiek, który jest w Kościele z wiary, utożsamia się z nim, bo go pragnie i potrzebuje. Skąd u Ciebie to podejście?

Gdy jesteś we wspólnocie ludzi, których kochasz i potrzebujesz, gdy modlicie się razem i wspieracie codziennie, to poczucie, czym jest Kościół, klaruje się samo. Po prostu czujesz ten Kościół, jego bliskość, widzisz radość i współczucie, które szkli się w oczach twoich przyjaciół, z którymi się modlisz i z którymi realnie dzielisz wydarzenia swojego życia – nie tylko w niedzielę. Wtedy nikt ci nie musi tłumaczyć, co to jest Kościół. W nas wszystkich jest ten sam Święty Duch. Ten, który jest w Ojcu i w Chrystusie. On nas spaja. Jeśli któryś z żywych kamieni choruje albo wypada, cała konstrukcja doznaje uszczerbku. Jesteśmy za siebie nawzajem odpowiedzialni.

Mówisz, że przeżyłaś zderzenie ze ścianą, osiągnęłaś punkt 0, moment, kiedy człowiek pyta o sens swojego dalszego życia, o motywacje, o swoją rolę w świecie. Wielu ludzi każdego dnia przeżywa taki stan. Co zrobić dalej? Czekać na coś, działać?

Jeśli popada się w depresję, to warto skorzystać z profesjonalnej pomocy, najlepiej chrześcijańskiego psychologa. A jeśli to jeszcze nie choroba, ale masz postępujące i dojmujące poczucie bezcelowości życia i beznadziejności świata, i jeśli przy tym, jak ja wtedy, jesteś sceptykiem („Nie, tam nikogo nie ma”) – właściwie musisz osiągnąć ten poziom dna i beznadziei. Dopiero wtedy puszczasz trzymany pazurami sceptycyzm, swoje podpórki, swoją pychę i dopiero wtedy, z poziomu totalnej bezradności, przechodzi ci przez gardło: „Jeśli jesteś, uratuj mnie, bo ginę”. Kołaczącemu Bóg otwiera i wlewa w jego życie sens. Co więc robić? Pukać i wołać albo wyć, jeśli trzeba.

Nie wszyscy potrafią zrozumieć tę muzyczną i życiową metamorfozę. Wielu to szanuje, ale wiem też, że niektórzy wyśmiewają, przyszywają łatki. Jak na to reagujesz?

Wyśmiać można dokładnie wszystko, jeśli się chce. Łatwiej jest wyśmiać, trudniej zrozumieć. Ja nie oczekuję, że wszyscy mnie zrozumieją. Już nie chcę zadowolić wszystkich. Jeśli ktoś mnie atakuje, drwiąc, sprawdza moją reakcję, grzecznie proszę o okazanie szacunku i zmianę tematu wypowiedzi. Kpi z tego, co jest dla mnie ważne, a jedyny cel, jaki osiągnie, to taki, że będzie mi przykro. To równie nie na miejscu jak wyśmiewanie czyichś dzieci, że „głupie” albo „brzydkie”.

Czy w takiej sytuacji warto przekonywać za wszelką cenę, do upadłego, czy może lepiej odpuścić, jeśli nie widać zrozumienia?

Chyba coś pomiędzy: warto zaznaczyć, że Kościół jest wspólnotą grzeszników, więc z definicji nie jest idealny; że jest jednak twoją wspólnotą i nie chcesz słuchać, jak ktoś wylewa kubły pomyj na twoją rodzinę. Jeśli chce krytykować – często jest przecież za co – niech mówi o konkretnych jednostkach i przypadkach, niech nie uogólnia. To trudniejsze, ale dopiero z tym można podjąć jakiś dialog. A z dialogu nie wolno rezygnować. Nie wolno się okopywać w szańcu, z którego prowadzi się jedynie ostrzał i odpiera się atak. Przekonywanie za wszelką cenę, do upadłego, raczej nie ma sensu i prowadzi do wojen krzyżowych. Świadectwo życia pachnącego Chrystusem jest najbardziej przekonujące. Prowadząc intelektualne bijatyki, można dowieść, że jest się mocnym w gębie, ale czy pokaże się choć ułamek dobroci i piękna naszego Taty?

Co Marika chce powiedzieć teraz swoją muzyką?

Trzeba się śpieszyć z kochaniem. Żeby zdążyć. Trzeba się nauczyć przyjmować siebie samego. Tylko wtedy przyjmiemy też innych ludzi. Relacje stanowią o wartości życia.

Czego możemy się spodziewać po nowej płycie? Czy będzie to kontynuacja ostatniego krążka „Marta Kosakowska”, czy może kolejna rewolucja?

Pisząc poprzedni album, byłam nieco oszołomiona zmianami, jakie nastąpiły w moim życiu. Przeżywałam to w taki sposób, że płyta wyszła dość delikatna, intymna. Wiele rzeczy mówię niejako słuchaczowi na ucho. W zdumieniu i zachwycie. Teraz, po dwóch latach od premiery tamtej płyty, a z górą trzech od mojej wewnętrznej i zewnętrznej przemiany, już okrzepłam. Jestem pewna tego kursu. Płyta będzie więc bardziej radykalna – i w brzmieniu, i w tekstach. Chcę, żeby na koncertach szły iskry. A ja będę mogła znów popłynąć na fali ludzkich rąk. Jak ostatnio na festiwalu Slot Art w Lubiążu.

Twoja muzyczna droga jest teraz dla Ciebie pasją czy misją?

Przede wszystkim pasją, ale misją trochę też. Chcę, żeby to, co piszę i śpiewam, stwarzało dobro wokół ludzi. 

Marta „Marika” Kosakowska

wokalistka, autorka tekstów, a także dziennikarka radiowa i prezenterka. Wykonawczyni muzyki z pogranicza gatunków: reggae, dancehall, soul, funk, a ostatnio avant pop i elektronika. Zadebiutowała w 2002 r. Wydała 5 albumów, ostatni – „Marta Kosakowska” – w 2015 r. Brała udział m.in. w projekcie muzycznym Dariusza Malejonka „Panny Wyklęte” oraz trasie koncertowej „Betlejem w Polsce”.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama