Zbliżyć się do Boga

O filmie „Sprawa Chrystusa” z Brianem Birdem, scenarzystą i producentem pracującym w Hollywood, rozmawia Edward Kabiesz.

Reklama

Edward Kabiesz: Jest Pan scenarzystą i producentem filmu. Dlaczego podjął się Pan ekranizacji książki Lee Strobela?

{body:BRB}Brian Bird: {/body:BRB}Marzyłem o tym od momentu, kiedy przeczytałem książkę i wysłuchałem jego opowieści. Było to 15 lat temu. Zawsze wiedziałem, że jest to materiał na dobry film. Książka nie tylko przedstawia potwierdzone przez 13 ekspertów dowody na zmartwychwstanie Jezusa, ale jest także wspaniałym świadectwem duchowej podróży Leslie i Lee, jej bohaterów. Modliłem się, bym kiedyś mógł napisać scenariusz i wyprodukować ten film.

Czy podstawą scenariusza była wyłącznie książka?

Ona prezentuje najważniejsze i najbardziej wiarygodne dowody na prawdziwość starożytnych manuskryptów w sprawie ukrzyżowania i zmartwychwstania Jezusa. Natomiast ważna była autentyczna historia dziennikarza ateisty, który uważa, że musi ratować żonę, bo ulega ona zabobonom, jakim jego zdaniem jest wiara w Chrystusa. Dlatego właśnie chce on zdyskredytować chrześcijaństwo. Tyle że na końcu swoich poszukiwań odkrywa, że więcej wiary wymaga pozostanie przy swoich poglądach, czyli ateizmie, niż przyjęcie Chrystusa. To była właśnie znakomita opowieść, wokół której można było przedstawić dowody w tej sprawie.

Czy w historii Lee był jakiś kluczowy moment, który zmienił jego spojrzenie na chrześcijaństwo?

Nie. Myślę, że takich kluczowych momentów, które przełamały jego cynizm i niechęć wobec wiary, było wiele. Dla Lee, oprócz przytłaczających dowodów na to, że Chrystus żył i zmartwychwstał, ważna była miłość jego żony. Było to jakby lustrzane odbicie bezwarunkowej miłości Boga do człowieka. To przemówiło do niego najgłębiej.

Czy „Sprawa Chrystusa” jest filmem tylko dla wierzących?

To film dla wierzących i sceptyków. Myślę, że wierzącym pozwoli umocnić swoją wiarę, a sceptykom – odpowiedzieć na pytania, które z pewnością sobie zadają, i jednocześnie przekazać im najważniejsze przesłanie wszystkich czasów. Modlę się, by sceptycy zdali sobie sprawę z tego, że ich argumenty przeciw Bogu są słabsze, niż im się wydaje, a także by film wzbudził w nich pragnienie wypełnienia pustki, jaką odczuwają ludzie żyjący bez Niego.

Czy „Sprawa Chrystusa” cieszy się powodzeniem w USA?

Film był grany w kinach z dużym powodzeniem przez 84 dni. Wierzę, że widzowie dopisali, bo jest to ciekawa historia i, mam nadzieję, dobrze nakręcony film. Wierzę również, że w tak cynicznych czasach ludzie są głodni filmów, książek i programów telewizyjnych niosących nadzieję, wiarę i miłość. Myślę, że w „Sprawie Chrystusa” zagrały te trzy czynniki.

W Stanach Zjednoczonych powstaje wiele filmów o tematyce religijnej. Który z nich poleciłby Pan widzom w Polsce?

Każdy na odpowiednim poziomie artystycznym, który potrafi odpowiedzieć na duchowe potrzeby człowieka. Nie lubię propagandy, a takich filmów w nurcie kina religijnego powstaje wiele. Cieszą mnie te, które zadają ważne, zawsze aktualne pytania na temat życia, śmierci i tego, co dzieje się w ludzkich sercach. Każdy film, który wzbudza dyskusję, jest dobry, ale niezbędny jest ten, który motywuje ludzi do naśladowania przesłania zawartego w Biblii.

Jest Pan scenarzystą filmów o przesłaniu chrześcijańskim. Czym jest dla Pana wiara?

Mój dziadek i ojciec byli duchownymi. Dorastałem właściwie w kościele. Chciałbym, by na moim nagrobku pojawił się napis: „Jego twórczość zbliżyła ludzi do Boga”. To moja życiowa misja. Od 30 lat staram się, jako scenarzysta i producent w Hollywood, być wiernym temu credo. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama