Ile waży Korona

Sukces brytyjsko-­amerykańskiego serialu „Korona” opiera się nie tylko na dużo większym budżecie niż polska „Korona królów”. Wynika on także z przekonania, że masowego widza można pozyskać ambitnym i pozwalającym zrozumieć historię scenariuszem.

Czy można w ogóle porównywać te dwa seriale? Inny okres historyczny (w „Koronie” wiek XX i panowanie Elżbiety II, w „Koronie królów” – średniowiecze), inny budżet, inny kanał dystrybucji, inny widz… No właśnie, właściwie dlaczego inny? Czy masowy odbiorca to z definicji widz mniej wymagający? Netflix, znana platforma internetowa, nieraz już udowodnił, że ludzie masowo rzucają się na seriale najwyższej próby.

Da się?

Nie należę do największych fanów seriali, a kostiumowych w szczególności. Wolę filmy pełnometrażowe, które „załatwiają” temat jednorazowo, gdy tymczasem seriale, z natury swojej, wymagają od widza lojalności rozciągniętej mocno w czasie, co przy modzie na nieskończoną ilość sezonów powoduje „konflikt interesów” w sytuacji pojawiających się ciągle nowości kinowych. Jeśli już jednak daję się wciągnąć w jakiś serial, to prawie nigdy nie jest to serial kostiumowy. Z prostego powodu: w produkcjach tych zazwyczaj – mam wrażenie graniczące z uprzedzeniem – chodzi bardziej… właśnie o kostiumy, lepiej lub gorzej dobrane, i scenografię niż o sam scenariusz, który miałby szansę zaintrygować, co wyczuwa się przeważnie już przy pierwszym odcinku. Tym większe było moje „miłe rozczarowanie”, gdy ponad rok temu trafiłem na serial „The Crown” (Korona), dumę platformy internetowej Netflix. Od pierwszego odcinka dało się odczuć, że za serialem stoi prawdziwy mózg i mistrz koncentracji cudzej uwagi (scenariusz Petera Morgana, znanego m.in. z „Frost/Nixon” czy „Ostatniego króla Szkocji”). Owszem, wybijające się ponad przeciętność scenariusze seriali Netflixa to rozpoznawalna wizytówka tej platformy, której flagowy „House of Cards” do dziś pozostaje punktem odniesienia w tworzeniu kolejnych produkcji. Niemniej śledząc dyskusję wokół polskiej „Korony królów”, której zarzucano m.in. zbyt niski budżet (co miałoby tłumaczyć niezbyt porywający scenariusz), zdałem sobie sprawę, że za sukcesem „The Crown” stoi jednak coś więcej niż tylko pieniądze. Owszem, nie ma sensu porównywać produkcji, z których jedna na odcinek ma zaledwie 200 tys. zł, podczas gdy druga pochłaniała ok. 10 mln funtów za odcinek w pierwszym sezonie i dwukrotnie więcej w drugim (dostępnym od grudnia zeszłego roku). Tyle tylko, że nawet gdyby w „The Crown” odjąć gigantyczne koszty fantastycznych kopii strojów z epoki i zrekonstruowanych wnętrz pałacu Buckingham, czyli pozbawić serial tego wszystkiego, co sprawia, że czujemy się mocniej wciągnięci w rzeczywistość lat 40., 50., 60. i kolejnych, to i tak serial ten dałoby się nadal oglądać z wypiekami na twarzy. Pozostałby bowiem scenariusz, o którego sukcesie decydują znakomite dialogi, wyraziste postacie głównych bohaterów i genialnie przedstawiona zawiłość brytyjskiej polityki, społeczne niuanse i przede wszystkim napięcia związane z monarchią.

Tak, to też kosztuje – ale nie chodzi tylko o pieniądze, jakie trzeba wydać na dobrego scenarzystę i reżysera. Chodzi głównie o koszty niematerialne: odwagę i przekonanie, że dla masowego odbiorcy można zrobić serial mający ambicję pokazać coś więcej niż znaną z tabloidów królewską operę mydlaną. A byłoby to bardzo proste – aby zrobić z serialu wierną kopię brytyjskich bulwarówek, wystarczyłaby pobieżna prasówka z kilkudziesięciu lat panowania Elżbiety II. Zamiast tego powstało arcydzieło, którym zachwycają się miliony widzów na całym świecie.

Walka o wartości

Nie można było wymyślić lepszego sposobu na wzmocnienie wizerunku brytyjskiej monarchii. Nie, bynajmniej nie oznacza to, że „Korona” ocieka przesłodzonymi scenami z życia szczęśliwej rodziny Wind­sorów. Przeciwnie, to raczej zapis ciągnącego się od dziesięcioleci dramatu – najpierw samej Elżbiety (fantastyczna rola Claire Foy), która niespodziewanie młodo obejmuje tron po nagłej śmierci ojca, króla Jerzego VI, a tym samym dramatu jej męża, księcia Filipa, którego poczucie, że został odsunięty na bok, jest jedną z głównych osi serialu (wątki szeregu skandali obyczajowych z jego udziałem nadają filmowi szczególnych rysów). To także obraz dramatu pozostałych członków rodziny, z których najbardziej tragiczną postacią jest siostra Elżbiety, Małgorzata, całkowite przeciwieństwo panującej królowej. Elżbieta – mająca poczucie misji zachowania monarchii niepodatnej na zmiany cywilizacyjne, Małgorzata – łamiąca wszelkie konwenanse, pałacową etykietę i obyczaje. Zwłaszcza to ostatnie jest jednym z najmocniej zarysowanych wątków w serialu w pierwszym sezonie. Małgorzata zakochuje się w rozwodniku, pilocie Peterze Townsendzie, z którym zamierza się pobrać, na co jednak nie ma zgody Elżbiety. Królowa jest jednocześnie głową Kościoła anglikańskiego, więc o ślubie członka rodziny królewskiej z rozwodnikiem nie ma mowy. Wątek, który dla prasy plotkarskiej oznaczał pożywkę przez parę lat, dla twórców serialu stał się okazją do pokazania trwałości pewnych wartości, których tutaj strażniczką musiała być – bardziej chyba z urzędu niż z przekonania – królowa. Przedstawienie dramatu związanego z procesem podejmowania decyzji przez Elżbietę II, często wbrew interesom i uczuciom swoich najbliższych, jest jednym z największych atutów tego filmu. Zamiast taniej sensacji i ckliwych dialogów znanych z telenowel mamy prawdziwe starcie charakterów, walkę o wartości i momentami wręcz konflikt cywilizacyjny.

Premier królowej

W podobny sposób pokazane jest całe tło społeczno-polityczne Wielkiej Brytanii tamtego czasu (pierwszy sezon kończy się na 1956 r., drugi w latach 60., kolejne sezony w trakcie realizacji). Właściwie słowo „tło” nie jest w tym miejscu odpowiednie – polityka jest tutaj bowiem niemal równorzędnym bohaterem. Duża w tym zasługa – w pierwszym sezonie – genialnej roli Johna Lithgowa, który niezwykle sugestywnie wcielił się w postać Winstona Churchilla. Zwłaszcza odcinek poświęcony wielkiemu smogowi w Londynie w 1952 r. to prawdziwy majstersztyk, jeśli chodzi o scenariusz i doskonale współpracującego z nim aktora. Ale to wątki związane z niezwykłą relacją między legendarnym premierem a królową nadają serialowi niezrównany klimat. Doświadczony i wyrachowany polityk w kontakcie z uczącą się wszystkiego od podstaw, ale pewną swojego autorytetu i misji królową sprawia wrażenie raz zakłopotanego ucznia, raz taktownego nauczyciela. A i sama królowa wypada w tym duecie wyjątkowo uroczo, z jednej strony ze swoją nie zawsze sprawnie skrywaną niewiedzą, z drugiej z niezwykłą jak na brak obycia w świecie intuicją wytrawnego polityka. Jedno jest pewne – Elżbieta, przy całej świadomości ograniczeń swoich prerogatyw w brytyjskim ustroju, nie chce być tylko maskotką monarszej tradycji, ale świadomym uczestnikiem życia politycznego i zarazem gwarantem ciągłości i niezachwianej pozycji monarchii. Nie wiem, czy twórcy serialu długo szukali odtwórczyni głównej roli, ale to, co zrobiła z postacią Elżbiety II Claire Foy, ociera się o geniusz. Co zresztą znalazło potwierdzenie w licznych nagrodach.

Z krwi i kości

Efekt jest taki, że serial „The Crown” wykonał dla wizerunku monarchii taką robotę (w skali światowej), jakiej nie jest w stanie wykonać nawet tak sympatyczna para jak podróżujący po świecie książę Wilhelm i księżna Katarzyna. Film przedstawia Windsorów z krwi i kości, ale nie tak, jak pokazują ich tabloidy. Te nie specjalizują się bowiem w próbie zrozumienia fenomenu, jakim pozostaje monarchia brytyjska. A to ciągle coś więcej niż tylko tradycja, więcej niż symbol jedności i dawnej świetności imperium, ba, nawet dużo więcej niż dająca wymierne korzyści w funtach marka (z licznych analiz wynika, że każdy funt wydany na utrzymanie monarchii zwraca się gospodarce i bezpośrednio budżetowi wielokrotnie). Twórcom „The Crown” udało się zrobić coś, co nie mogłoby się udać w żadnym serialu historycznym utrzymanym w konwencji telenoweli – pokazać Koronę jako świadectwo istnienia wartości nieprzemijalnych, zdolnych przetrwać najbardziej burzliwe zmiany cywilizacyjne. Nie żeby monarchia strzegła tych wartości w sposób wzorowy, przeciwnie, w serialu doniosłość i godność miesza się z bezdusznością i cynizmem tego systemu i tworzących go osób, ale widz ma poczucie, że mimo wszystko ktoś w tym „grajdołku” jakimś cudem jeszcze trzyma poziom i uosabia ciągłość tradycji.

Nie zmienia to faktu, że życiowa rola, jaka przypadła Elżbiecie, jest w gruncie rzeczy niezbyt szczęśliwa. A grająca ją Claire Foy znakomicie oddała walkę wewnętrzną, jaką królowa musiała stoczyć z samą sobą. Właściwie po tym serialu wypada współczuć królowej brytyjskiej jej życiowej roli, biorąc pod uwagę cenę, jaką zapłaciła za to w relacjach z rodziną. A zarazem zazdrościć Brytyjczykom, że mają ciągle taki punkt odniesienia w swojej tożsamości. I pozazdrościć środków, jakich nie skąpią, by dobrze tę tożsamość sprzedać w znakomitym – nie tylko kostiumowo – serialu.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Karolina
    26.02.2018 00:31
    Dlaczego Małgorzata nie mogła wyjść za rozwodnika? Przecież genezą powstania kościoła anglikańskiego jest właśnie akceptacja rozwodów i kolejnych małżeństw.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja