Chór kastratów

Po co organizować jubileusze, skoro nie zależy nam na obudzeniu wieszczów?

Reklama

Gdyby Maria Konopnicka mogła przewidzieć, że setna rocznica jej śmierci przypadnie na okres kampanii wojennej w polskim Sejmie, prawdopodobnie umarłaby w innym terminie. Niestety, wyzionęła ducha dokładnie 8 października 1910 roku i musi się pogodzić z faktem, że uroczystego jubileuszu mieć nie będzie. Wprawdzie posłowie PiS chcieli zadedykować jej rok 2010, ale działacze PO w porę zablokowali ten pomysł. Tym samym wyznaczony został nowy front międzypartyjnej wojny. Dotąd jej ofiarami padali żywi, teraz przyszła pora na zmarłych.

Zresztą, może dobrze się stało, bo trzeci z rzędu rok pod patronatem poety (w tym przypadku płci pięknej) byłby nie do wytrzymania. Mieliśmy już przecież rok Zbigniewa Herberta (2008) i rok Juliusza Słowackiego (2009). Obchody upłynęły w przyjemnej atmosferze dialogu, bez zahaczania o drażliwe problemy Boga, patriotyzmu czy zdrady narodowej. Herbert okazał się głównie estetą, rysownikiem i miłośnikiem zabytków, który całe życie stronił od polityki. Autor „Króla-Ducha” został natomiast przedstawiony jako twórca trzymających w napięciu thrillerów obyczajowych.

Z całej jego spuścizny na deski Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie trafił mało znany dramat „Beatrix Cenci” w reżyserii Macieja Sobocińskiego. Pewnie dlatego, że występuje w nim motyw kazirodztwa, które współcześnie kojarzy się z głośnym przypadkiem Josefa Fritzla. Chcąc nie chcąc, Słowacki został więc biografem Potwora z Amstetten oraz demaskatorem „przemocy seksualnej w rodzinie”. Żeby nie było mu smutno, reżyser zrealizował spektakl w poetyce telewizyjnego show, a Furiom, czyli demonom świata podziemnego, kazał się przebrać za transwestytów.

Strach pomyśleć, jaki los czekałby Konopnicką, gdyby jednak została patronką roku 2010. Organizatorzy jubileuszu najpewniej sięgnęliby do książki „Homobiografie”, w której Krzysztof Tomasik opowiada o lesbijskich skłonnościach poetki. Na razie autorowi udało się wykazać, że pisarka przyjaźniła się z Elizą Orzeszkową, a malarce Marii Dulębiance udostępniła pracownię w swoim dworku. Czekamy na drugi tom, w którym Tomasik prześledzi homoseksualne podteksty w utworach „Nasza szkapa” oraz „O krasnoludkach i sierotce Marysi”.

A swoją drogą, Konopnicka musiała naprawdę głęboko ukrywać swoją „orientację”, skoro wyszła za mąż i urodziła ośmioro dzieci. Herbert odarty ze swej patriotycznej konsekwencji, Słowacki pozbawiony mistycyzmu i mesjanizmu, niemoralna Konopnicka… Wychodzi na to, że jubileusze wieszczów są pretekstem do ograniczania ich osobowości. Zamiast skomplikowanych portretów twórców otrzymujemy ich karykatury dostosowane do współczesnej ideologii. Wyprani z niemodnych dziś poglądów, śpiewają sopranem jak słynny kastrat Farinelli.

We współczesnej kulturze roi się od takich kastratów. Poeci, prozaicy, eseiści – wszyscy śpiewają cienkim głosem, bojąc się metafizycznego realizmu. Ich utwory są grą z odbiorcą, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Nic dziwnego, że interpretują wieszczów na własną modłę, wciągając ich w bagno sezonowych mód. Czy któryś z nich odważyłby się uczcić pamięć Słowackiego tak sugestywnie, jak zrobił to w 1919 roku Artur Górski? Oto fragment jego książki „Monsalwat”:

„Słowacki, syn stepu i dusza stepu, gdzie księżyc wschodzi poprzez krzyże, a błękit, jak oko świata nalane blaskiem po brzegi, waży orlich myśli lot i zadumę – natura anhelliczna, jak lira w ręku Boga cała gędźbą brzęcząca, światłolotna i przenikliwa jak eter, a zarazem pełna dumnego żalu własnej odmienności, samotna w życiu i zgonie, jak zdychający lew na pustyni; natura dumna szlachetnym spadkiem przebogatej wolnej krwi, czysta w instynktach jak marzenie dziewczęcia, w duchowej postawie przedziwnie niepodległa, lucyferyczna zarazem i razem synostwem Bożym napełniona”.

Dawniej literatura budziła emocje, dyskusje, sumienia. Dziś słychać tylko szelest papieru. Po co organizować jubileusze, skoro nie zależy nam na obudzeniu wieszczów? Boimy się ich gniewu, pasji, szaleństwa. Uciszamy, kiedy krzyczą „Polska!” albo „Tak nam dopomóż Bóg!”. Podczas sesji naukowych dbamy przede wszystkim o to, by nie przekroczyć granicy dzielącej ich twórczość od życia, polityki, naszych codziennych wyborów.

Dlatego powinniśmy się cieszyć, że ostatecznie patronem 2010 roku został Fryderyk Chopin. Przy Konopnickiej znów byłoby trzeba chodzić na palcach jak przy Herbercie i Słowackim, a mimo to groziłby nam obciach. Ta jej „Rota” jest tak antyniemiecka, że nie da się obronić. Wystarczy, że usłyszałaby ją Angela Merkel i międzynarodowy skandal murowany. Nawet sugestia, że autorka była lesbijką, nie powstrzymałaby spadku naszych notowań. Chopin jest zdecydowanie bezpieczniejszy. Niby Polak, ale trochę Francuz. Patriota, ale głównie muzyczny. A dźwięki, jak wiadomo, są mniej konfliktogenne niż słowa. Wprawdzie Robert Schumann w 1836 roku stwierdził, że mazurki Chopina to „armaty ukryte w kwiatach”, ale armat w polskiej kulturze nie ma dziś kto ładować. Zostały tylko kwiaty.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama