Kto się boi Virginii Woolf?

Czyli jeden z tych filmów w dziejach światowej kinematografii, które gwarantują nam doświadczenia katharsis.

Oczywiście spora w tym zasługa autora sztuki teatralnej, na podstawie której Mike Nichols nakręcił swój (pierwszy w karierze!) film. W 1962 roku Edward Albee dokonał czegoś nieprawdopodobnego. Udało mu się stworzyć wielowymiarowy, uniwersalny tekst dramatyczny, który do dziś grany jest na scenach teatralnych całego świata i - ma się wrażenie - że grany będzie już zawsze, niczym dzieła Szekspira, Sofoklesa, czy Moliera.

Skomplikowane relacje małżeńskie (m.in. tajone przez lata żale i pretensje) nagle, w czasie zwyczajnego spotkania ze znajomymi, wychodzą na światło dzienne. Napięcie rośnie. Z minuty na minutę robi się coraz mniej przyjemnie.

Co ciekawe, pod wpływem emocji, podobnie zaczynają zachowywać się zaproszeni znajomi. „Za sprawą tej psychodramy związek młodych zaczyna być zagrożony. I u nich pojawiają się pretensje, rodzi się agresja, ożywają złe wspomnienia. Antywzorce działają. Toksycznej parze udaje się zatruć wszystko, co wokół nich” – pisała Hanna Karolak w recenzji sztuki „Kto się boi Virginii Wolf”.

Jednak kunszt dramatopisarza, czy magia teatru to jedno. Ale jak osiągnąć podobny efekt na wielkim ekranie? Jak uniknąć "maniery teatru telewizji" (osobliwej sztuczności i skromności)?    

Spora w tym zasługa operatora Haskella Wexlera. Jego czarnobiałe, zaskakująco rozciągnięte, „płaskie” zdjęcia, sprawiają, że oto zwykły mieszczański salon zdaje się być autentycznym polem bitwy. Takie szerokie, panoramiczne ujęcia, pasują raczej do westernów, czy scen zbiorowych w filmach biblijnych. Tymczasem Wexler z Nicholsem zdecydowali się sfilmować w ten sposób kameralny dramat obyczajowy. Ich decyzja okazała się być jednak strzałem w dziesiątkę, a operator otrzymał za swoją pracę Oscara.

Statuetki trafiły także w ręce scenografów, kostiumolożki oraz aktorek - Sandy Dennis i Elizabeth Taylor. W sumie 5 Nagród Akademii oraz 8 nominacji (m.in. najlepszy film, reżyser, aktor, montaż).

Kiedy film w 1966 roku wchodził na ekrany, widzowie ekscytowali się możliwością ponownego obejrzenia na ekranie pierwszej pary Hollywood. Wcześniej Elizabeth Taylor i Richard Burton zagrali razem np. w „Kleopatrze”, tyle tylko, że w filmie Mankiewicza z 1963 roku nie bardzo mieli co zagrać. Wcielili się tam w postacie pomnikowe, koturnowe. Trzy lata później, u Nicholsa, było zupełnie inaczej.

Taylor i Burton wznieśli się w „Kto się boi Virginii Woolf?” na wyżyny gry aktorskiej. Takie popisy nie zdarzają się w kinie zbyt często. Miotają się, zmagają sami ze sobą, a gdy przychodzi do wykrzykiwania wzajemnych oskarżeń, dziwnym trafem obrywają także widzowie. 

Takimi kreacjami przechodzi się do historii X muzy.

*

"Kto się boi Virginii Woolf?" będzie można zobaczyć w najbliższym czasie w telewizji TNT. Emisja w czwartek, 1 marca o 13:35.

Tekst z cyklu Filmy wszech czasów

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| KINO, KULTURA, SZTUKA

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja