Bez ostatniego słowa

Zbigniew Zapasiewicz pozostawił nas w pół słowa. A my musimy wytrwać w tym niedopowiedzeniu, które jest warunkiem każdej dobrej sztuki.

Reklama

Takich aktorów dzisiaj już nie ma. Traktujących swój zawód ze śmiertelną powagą, dopracowujących role do najmniejszego szczegółu. Zbigniew Zapasiewicz grał całym sobą, bez względu na to, czy wcielał się w cynicznego docenta, czy też cygańskiego grajka. A przy tym udawało mu się uniknąć pułapki ekshibicjonizmu.

– Aktorzy nie powinni być na scenie prywatnymi ludźmi, stawać „nadzy” przed publicznością – mawiał. Wolał operować maską, która często była wynikiem długich studiów nad postacią. Nie bez przyczyny nazwano go „Panem Cogito polskiego teatru” – nie tylko dlatego, że świetnie interpretował poezje Zbigniewa Herberta. Jego aktorstwo niosło ze sobą duży ładunek intelektualny, co czyniło go nieco staromodnym, ale właśnie w tym tkwiła jego siła. Choć stworzył wspaniałe kreacje filmowe, najlepiej czuł się na scenie. Debiutował w 1956 r. w Teatrze Młodej Warszawy, a następnie występował na deskach teatrów: Klasycznego, Współczesnego, Dramatycznego i Powszechnego. Dał się poznać jako specjalista od wielkich monologów, a jego współpraca z reżyserami takimi jak Jerzy Jarocki i Maciej Englert zaowocowała wielkimi rolami, np. Pijaka w Gombrowiczowskim „Ślubie” czy Sobakiewicza w „Martwych duszach” Gogola. W przygotowywanym przez Jarockiego „Tangu” miał zagrać Eugeniusza. Nie zdążył.

Docent po latach
Do końca będziemy go więc kojarzyć ze Stomilem, którego zagrał w latach 90., gdy „Tango” reżyserował Englert. Zdążył za to wystąpić w „Rewizycie” – najnowszym filmie Krzysztofa Zanussiego. Po raz drugi wcielił się w nim w postać docenta z „Barw ochronnych”. Okazuje się, że karierowicz z lat 70., uczący młodego studenta lizusostwa, nie jest tak do końca przeżarty złem, jak mogłoby się wcześniej wydawać. Czy ten komentarz po latach będzie równie przekonujący jak pierwotna kreacja? Dowiemy się, gdy film wejdzie na ekrany kin. Jednak znając dorobek Zapasiewicza, można być spokojnym – trudno bowiem w nim znaleźć słabą rolę.

Inny typ ucha
Jego podejście do własnej profesji najlepiej odzwierciedla fakt, że nigdy po przedstawieniu nie wychodził wejściem dla widzów. – Aktor ma wyjść niezauważony i nierozpoznany – twierdził. – Dlatego, że widz nie ma prawa oglądać mnie prywatnie. Wychodzę po „Martwych duszach” i dziewczynki czekają na autografy. Na szczęście do mnie nikt nie podchodzi, bo nikt mnie nie poznaje. I to jest mój największy sukces. Koledzy Zapasiewicza ze sceny podkreślają, że był człowiekiem nieśmiałym, ale jako reżyser potrafił „ryczeć”, gdy czyjaś gra aktorska nie odpowiadała jego oczekiwaniom.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama