Zagłada rodu Dziabasów

„Dom zły” Wojciecha Smarzowskiego na festiwalu w Gdyni nazwano polskim „Fargo”. To porównanie nobilitujące. Warto jednak zauważyć, że film twórcy „Wesela” ma własną wartość. Wielką wartość.

Reklama

Film rozwija dwa tematy. Jeden, który widzieliśmy w „Weselu” (choć nie był tam tematem głównym), to polskie picie. Drugi – zło obecne w człowieku i czekające tylko na okazję, aby ukazać swoją twarz. Pierwszy wątek jest – by tak rzec – lokalny. Drugi – jak najbardziej ogólny, dotyczący ludzkiej kondycji. Do tragedii prowadzą oba, ale mógłby równie dobrze każdy z osobna.

Najwspanialsze (choć dla widza, może najbardziej przykre, z pewnością ponad wszystko dojmujące) jest to, że ta pogrążająca odbiorcę w świecie ludzkiej małości, chciwości, interesowności, najobrzydliwszych tajemnic i prowadząca w końcu do zbrodni (zarówno tej z przeszłości, jak i filmowej teraźniejszości) wizja jest porażająco konsekwentna, prosta i prawdziwa. Bohaterowie Smarzowskiego są z natury źli, chciwi, podli, zdolni do najgorszych świństw (nawet wobec tych, którzy im pomagają), byle tylko sobie życie ułatwić, coś uprościć, coś załatwić.

I niech nikogo nie zmyli, że akcja dzieje się w dwóch planach czasowych, z których żaden nie jest współczesny (jeden to połowa lat 70., drugi – stan wojenny). Nic się przecież nie zmieniło. Ludzie się nie zmienili. A już na pewno przetrwały te najgorsze instynkty. Historia opowiedziana przez reżysera mogłaby wydarzyć się równie dobrze dziś. Choć akcję swojego obrazu reżyser umieścił w przeszłości mówi o rzeczach wiecznie aktualnych. Takich jakimi sztuka – zwłaszcza ta największa – zawsze się zajmowała.

„Dom zły” wydaje się być swoistym awersem „Rewersu” Borys Lankosza. Tamta wizja była w gruncie rzeczy pogodna. W złych czasach ludzie próbowali jakoś żyć, kochać, radzić sobie. Groteskowość zdobywcy tegorocznych Złotych Lwów Gdańskich była strasznością epoki stalinizmu obłaskawioną przez ludzką bliskość, miłość i zdolność wzajemnej pomocy. Może mówiąc odrobinę górnolotnie – ludzką dobroć.

Bohaterowie Smarzowskiego mają ten sam problem – jakoś żyć. Zamiast groteski mamy jednak w grozę sensu stricte. Wiele scen tego filmu, jego atmosfera mają rodowód w horrorze.

Zło dostaje ludzką, znajomą twarz. Aktorzy, których znamy z seriali jako uosobienie poczciwych fajtłapów (Bartłomiej Topa, Arkadiusz Jakubik), sprytnej cnotliwości (Kinga Preis), czy nobliwego uporządkowania (Marian Dziędziel) zostają unurzani w alkoholu, błocie, śniegu i krwi. Zło – mówiąc ogólnie - nie jest czymś obcym, jego twarz jest codzienna, przypadkowa. Można powiedzieć, że gościmy ją w domu każdego dnia. Jest jak oblicze każdego. Zło jest w każdym z nas. Potrzeba tylko okoliczności by wychynęło. One zawsze się znajdą.

Sukces poprzedniego filmu reżysera – „Wesela” – wydawał mi się na wyrost. To była słodko – gorzka opowieść o polskim „dorabianiu się”, ale z pewnym happyendem. Zło zostało w niej ukarane. Cwaniactwo nie popłacało. Tutaj porażkę ponosi dobro i poczciwość (ukazane w przewrotnym kostiumie). U Smarzowskiego zło jest silniejsze.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama