Przedsiębiorcza babcia

Jedną z pierwszych roślin, którą udało się wyhodować w przestrzeni kosmicznej, jest ziemniak. O dziwo, coraz trudniej go spotkać w przydomowym ogródku. Zaatakowany został przez stonkę o złożonej nazwie „It can be bought in a store”, co w języku polskim oznacza: „kupi się w sklepie”.

Reklama

Dziennik „Fakt” wyśmiał senator Janinę Fetlińską, bo zaproponowała Polakom, by w kryzysie, w ramach podreperowania budżetu domowego, zamiast wydawać pieniądze na komunikację miejską, wybierali rower lub spacer. Okazuje się, że taki sposób oszczędzania ma swoich zwolenników i pomysł wcale nie jest głupi. Pewna kobieta spod Łowicza dzięki komunikacji rowerowej oszczędza 240 złotych miesięcznie, co na rok daje 2880 zł. Za tą kwotę spokojnie można polecieć na Majorkę.

Prześwietlanie złotówki
To żadna sztuka mieć pod koniec miesiąca pełną lodówkę przy pełnym portfelu. Przy skromniejszym budżecie na uznanie zasługują uginające się w spiżarni pod naporem słoików półki, a raczej ci, którzy je tam postawili. Minęły czasy, kiedy magazyn w piwnicy był jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc. Dzisiaj albo nie ma takiej spiżarni wcale, albo nikt tam nie zagląda, by nie płoszyć myszy i pająków. Zresztą wygodniej sięgnąć po sałatkę na sklepowej półce. Komu by się chciało pasteryzować słoiki?

Jagoda Kucharska z Radziwiłłowa Mazowieckiego jest już na emeryturze, podobnie jej mąż. Aby na wszystko starczyło, Kucharscy wnikliwie przyglądają się każdej wydawanej złotówce. Nie wystarczy jednak samo wpatrywanie się. – Trzeba coś zrobić, by ta złotówka została w portfelu jak najdłużej – kombinuje pani Jagoda.

Ona znalazła antidotum na „ulatnianie” gotówki – jest nim tradycja polskich gospodyń, które potrafiły wyczarować coś z niczego. Pełne półki w sklepach przez ostatnie 20 lat odesłały tradycję do lamusa i przyhamowały domową przedsiębiorczość. W kryzysie warto sobie przypomnieć czasy pieczonego przez babcię chleba i gorących bułeczek z serem od krasuli.

Majowy miód i sosnowe wino
Prawie 80-letnia Krystyna Dziedzic z Bartnik koło Skierniewic cały czas się uśmiecha zza wielkiego talerza z makowym tortem i sernikiem à la Krysia. Za chwilę wyjawi swój przepis na szczęście. Okazuje się, że tajemnica tkwi w... twórczym gromadzeniu zapasów.

– Pracuję od wiosny do jesieni, a zimą odpoczywam i degustuję to, co zamknęłam w słoiku – mówi, rzucając okiem na wypieki. – Dla mnie upieczenie ciasta to rozrywka. Koleżanki dziwią się, że chce mi się jeszcze piec, przecież w sklepie mogłabym kupić. Ale sklepowe nigdy nie będzie tak dobre, jak swoje. Mając własne przetwory, wyjdzie też taniej – podkreśla. – Na szarlotkę ucieram jabłka do słoików i zanoszę do piwnicy. Starcza na cały rok.
 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama