Angielski pacjent

Wielka miłość i jeszcze większa opowieść o niej. W historii kultury, co jakiś czas, pojawiają się epickie dzieła, które w taki właśnie sposób można by scharakteryzować. Nie inaczej jest w kinie. „Przeminęło z wiatrem”, „Doktor Żywago”, czy „Love Story” chwytały za serca pokolenia kolejnych kinomanów.

W latach ’90 ubiegłego wieku jednym z takich filmów aspirujących do miana melodramatu wszech czasów był „Angielski pacjent” – film dosłownie obsypany nagrodami (zdobył m.in. 9 Oscarów!).

Co ciekawe historie miłosne są tutaj dwie: pierwsza z nich, przedwojenna, ukazuje losy węgierskiego arystokraty do szaleństwa zakochanego w angielskiej mężatce. Druga natomiast jest opowieścią o uczuciu rodzącym się już w czasie II wojny światowej, pomiędzy francuską pielęgniarką i hinduskim żołnierzem. Rzecz jasna są one ze sobą połączone (grana przez Juliette Binoche pielęgniarka opiekuje się wspomnianym arystokratą, w którego wcielił się Ralph Fiennes).

Na ekranie ponadto zobaczyć możemy m.in. Kristin Scott Thomas, Colina Firtha, czy Willema Dafoe. Warto dodać, że producentem filmu był legendarny Saul Zaentz, który wcześniej zasłynął np. przy filmach Milosza Formana („Amadeuszu”, czy „Locie nad kukułczym gniazdem”).

Wielkie nazwiska na napisach końcowych to jednak nie wszystko. Równie ważne są tu piękne, poetyckie kadry, oraz sposób w jaki opowiadane są te historie. Jest tu bowiem jakaś głębia, tajemnica. Niczym we śnie (którym ponoć kino właśnie jest). Podczas seansu czujemy, że obcujemy z czymś archetypicznym, pierwotnym, głębokim, ale też zawsze aktualnym.

Bohaterowie są jakby everymanami. Akcja niby toczy się w Afryce i Italii na przełomie lat ’30 i ’40, ale przecież podobne historie przytrafić mogą się zawsze i wszędzie. Zdrada, śmierć ukochanej, trucie się z rozpaczy…  - przecież to zwroty akcji i chwyty znane od stuleci. Tu jednak powplatano je z wielką klasą, dyskrecją, smakiem.

Początkowo jedynym wspomnieniem tytułowego bohatera jest wizja ogrodu i jego żony (niczym pramatki Ewy w rajskim ogrodzie). Później przypomni sobie jeszcze m.in. moment odkrycia w Afryce tzw. jaskini pływaków, której ściany zdobiły naskalne malowidła sprzed tysięcy lat.

Mityczny raj, prapoczątki ludzkości – i takich wątków tu nie brakuje. A jest przecież jeszcze orientalna muzyka, zachwycające zdjęcia pustyni i niezwykły lot nad nią + liczne „wstawki” etniczne…  Twórcy tworzą dzięki temu spokojny, tajemniczy i odrealniony nastrój, dzięki czemu momentami mamy wrażenie, że to nie film, a wspomniany wcześniej sen.

Gdy Juliette Binoche widzi w pewnym momencie ukrytą wśród drzew kościelną wieżę, po prostu musi iść w jej kierunku. Musi! Coś ją tam ciągnie (jak księżniczki w baśniach, a nas w naszych snach). A takich scen jest w „Angielskim pacjencie” znacznie więcej.

Warto wejść, zanurzyć się w ten świat, bo nie jest to kolejna miłosno-wojenna opowiastka. To opowieść bogata w treści symboliczne. Jeden z wielkich melodramatów i filmów wszech czasów.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| FILM, KINO, KULTURA, SZTUKA

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja