Makbet samurajem

Wielu uznaje „Tron we krwi” za najlepszą ekranizację dramatu Szekspira w historii, a przecież z filmem Kurosawy wiąże się jeden z największych paradoksów w dziejach sztuki filmowej. Oto przeniesienie arcydzieła teatru elżbietańskiego na wielki ekran w pełni udało się dopiero wtedy, gdy jego akcję umieszczono nie w średniowiecznej Europie, a w feudalnej, samurajskiej Japonii.

Reklama

„Makbet” jest ponadczasową opowieścią, którą największy w dziejach dramaturg poświęcił analizie zła, władzy, ambicji i lęku. „Tron we krwi” – jak zauważał Jerzy Płażewski w „Historii filmu” – „podkreślił wszystko co u Szekspira okrutne. Kurosawa skąpał ten dramat władzy we mgle, deszczu, szarości, wystylizował dekoracje, rozciągnął ekspresję aktorską do pozornej obojętności aż po granice histerii i pokazał, że dwie stare, absolutnie różne kultury mogą się jednak spotkać”.

Japoński reżyser w swej opowieści o czasach, gdy samurajski ethos rycerski przestaje obowiązywać, pozbył się pobocznych wątków i bohaterów z drugiego planu, którzy pojawiali się w „Makbecie”. Zabiegu tego dokonał, by ukazać na ekranie alegorię wszystkich wojen i dylematów, z jakimi zmagają się kolejni w dziejach świata przywódcy. Niezwykła jest zwłaszcza początkowa scena narady, w czasie której odnosi się wrażenie, iż nie tyle oglądamy szykujących się do kolejnej potyczki żołnierzy, ile starogreckich bogów gorączkowo obradujących na Olimpie…

Warto zaznaczyć, iż Kurosawa wkomponował w „Tron we krwi” sceny z azjatyckiego teatru no. Dla nas są one kompletnie nieczytelne, a mimo to nie mamy poczucia, że czegoś nie rozumiemy, choć jako jego znawcy odczytalibyśmy pewnie znacznie więcej. Wszak  teatr ów, to swoisty rytuał, sztuka uchodząca za doskonałą.

To właśnie z konwencji teatru no wywodzi się postać (a właściwie maska) ekranowej Lady Makbet, która u Kurosawy zwie się Asaji. Wcielająca się w tę postać aktorka w większości scen nie porusza głową, ciałem, właściwie wcale nie gra, a mimo to (a może właśnie dlatego) wykreowana przez nią kobieta-kukła jest tak przerażająca. Swą statyczną, odrealnioną postawą, najbardziej przypomina zjawy, które oglądać można także i we współczesnych, azjatyckich horrorach.

„Tron we krwi” uświadamia nam również, jak w twórczy i oryginalny sposób można w kinie wykorzystać konwencje baśniowe. Pajęczynowy las, bambusowa chatka przepowiadającej przyszłość zjawy-prządki z zaświatów, błądzący we mgle rycerze-samuraje... - przypominają miejsca i postacie z dziecięcych bajek. Jednak Kurosawa wykorzystuje je, by snuć zupełnie inną historię: wstrząsającą, uniwersalną opowieść o niegodziwości ludzkiej natury.

***

Tekst z cyklu Filmy wszech czasów

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama